Miałem już sporą ilość, może z dwanaście gotowych stronic. Praca szła jednak opornie, z długimi przerwami, tak że musiałem raz po raz drzeć całe arkusze. Zmęczony, skostniały z zimna wstałem, by przejść się po mieście. W dodatku krzyk dziecka nie pozwalał mi pisać w ciągu ostatniej pół godziny. Wyszedłem na Drammensvej i włóczyłem się już aż do wieczora, rozmyślając nad dramatem. Nim wróciłem, wydarzyła mi się następująca przygoda.
Stałem przed wystawą trzewików w ulicy Karola Jana, niedaleko placu Kolejowego i patrzyłem w okno. Nie myślałem wcale o tym, że właśnie potrzeba mi trzewików, ale przebywałem myślami zgoła gdzie indziej. Poza mną chodzili ludzie, ale nie słyszałem, co mówią. Nagle ktoś powiedział głośno:
— Dobry wieczór!
Był to znajomy o przezwisku „Mamzel”.
— Dobry wieczór! — odparłem na pół przytomny. Przez dobrą chwilę nie mogłem go poznać
— No, jakże się panu powodzi? — spytał.
— Bardzo dobrze... jak zwykle!
— Więc pan jest nadal u Christiego?
— Christiego?
— Wszakże pan sam mówił, że jest pan buchalterem u wielkiego przemysłowca, Christiego!