— Czemuż się nie ma powieść? — odpowiedziałem. — Posłyszy pan coś o tym za tydzień!

Pożegnałem go i poszedłem.

W domu zwróciłem się zaraz do gospodyni z prośbą o lampę. Zależało mi bardzo, jak mówiłem, na tej lampie, gdyż nie chciałem się kłaść spać, mając zamiar pracować aż do rana. Prosiłem bardzo skromnie, gdyż spostrzegłem, że na mój widok zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Powiedziałem jej, że jest to niezwykły dramat, który niewątpliwie zostanie wystawiony w którymś z teatrów, a brak kilku scen zaledwie. Ponowiłem potem prośbę o tę wielką przysługę...

Ale gospodyni nie miała lampy. Dumała przez chwilę, nie mogąc sobie przypomnieć o lampie, powiedziała w końcu, że jeśli chcę czekać do północy, to mogę wziąć lampę kuchenną, a wreszcie spytała, czemu sobie nie kupię świecy.

Zmilczałem. Nie miałem dziesięciu öre na świecę, a ona wiedziała o tym dobrze. Oczywiście, znowu wszystko musiało runąć. Posługaczka siedziała teraz we wspólnej izbie, a lampy w kuchni nie zapalano wcale. Rozważyłem to wszystko, nic nie mówiąc.

Nagle dziewczyna powiedziała do mnie:

— Niedawno wrócił pan, zdaje się, z zamku? Czy pan tam był na obiedzie? — Roześmiała się z własnego dowcipu.

Siadłem, dobyłem papiery i postanowiłem spróbować pracować mimo wszystko. Patrzyłem ciągle w podłogę, by niczym nie rozrywać myśli, i pisałem na kolanach. Ale nie szło mi. Weszły córki gospodyni i zaczęły hałaśliwie bawić się z kotem, dziwnie chorym, niemal całkiem bezwłosym stworzeniem. Dmuchały mu w oczy, tak że wypływały z nich łzy i spływały mu po nosie.

Gospodarz wraz z kilku znajomymi siedział przy stole i grał w karty. Gospodyni szyła pracowicie jak zawsze. Wiedziała dobrze, że w tym chaosie nie mogę pisać, nie troszczyła się jednak o mnie, a nawet uśmiechnęła się, słysząc wzmiankę służącej o mym rzekomym obiedzie na zamku.

Wszyscy zachowywali się wobec mnie wrogo. Zostałem uznany za natręta, doznawszy hańby wyrugowania przez innego z pokoju. Drwiła ze mnie nawet służąca, ciemnooka ulicznica o czole zarosłym włosami i płaskiej piersi, wypytując, gdzie jadłem, gdyż nigdy nie widziała, bym szedł do „Grandu”. Znała oczywiście me smutne położenie i radowało ją, że może mi to dać do poznania.