Wszystkie te fakty uświadomiłem sobie naraz, tak że nie mogłem w ogóle ruszyć z dalszym ciągiem dialogu. Czyniłem daremne wysiłki, ale zaczęło mi dziwnie szumieć w głowie, tak że musiałem zrezygnować. Schowałem papiery do kieszeni i podniosłem oczy.
Dziewczyna siedziała tuż przede mną, widziałem jej pochylony grzbiet i dziecięce jeszcze, nierozrosłe ramiona. Nie wiadomo, dlaczego mnie napastowała. Cóż by jej szkodziło, gdybym jadał w zamku? Przed kilku dniami wyśmiewała mnie, ponieważ potknąłem się na schodach i rozdarłem surdut o gwóźdź. Wczoraj podjęła odrzucone kartki rękopisu, czytała wszystkim w izbie, przedrzeźniała i drwiła ze mnie. Nie zrobiłem jej nic złego i nigdy, o ile wiem, nie korzystałem z jej usług. Przeciwnie, sam sobie słałem na noc na podłodze, by jej oszczędzić trudu. Drwiła z tego, że mi wypadają włosy. Znajdowała je rano w miednicy i śmiała się złośliwie. Moje trzewiki były w smutnym stanie, zwłaszcza ucierpiał jeden, zmiażdżony kołem wozu piekarza. Drwiła i z tego również. „Niech Bóg ma w opiece pana i pańskie trzewiki! — mówiła. — O, jakie ogromne, jak psia buda!” W istocie, były strasznie wydeptane i niekształtne, ale czyż mogłem sobie w tej chwili kupić inne?
Rozmyślałem nad tym wszystkim i dziwiłem się jawnej złośliwości dziewczyny, a tymczasem córki gospodyni zaczęły drażnić starca siedzącego na łóżku. Skakały dokoła niego zaabsorbowane całkiem tą zabawą. Każda miała w ręku źdźbło słomy i kłuła chorego w uszy. Przez chwilę siedziałem, nie wtrącając się w to. Starzec nie czynił nic dla swej obrony, spoglądał tylko z wściekłością na dręczycielki i potrząsał głową, ile razy źdźbło utkwiło mu w uchu.
Drażniło mnie to coraz bardziej i nie mogłem odwrócić oczu. Ojciec patrzył znad kart, uśmiechał się do córek i zwracał uwagę graczy na ich zabawę. Czemuż starzec się nie ruszał, czemu nie odpędził dzieci rękami? Ruszyłem w stronę łóżka.
— Daj pan spokój! Dajże pan spokój! On sparaliżowany! — zawołał gospodarz.
Wróciłem na swoje miejsce bez słowa po prostu ze strachu, by nie podrażnić gospodarza interwencją. Czyż mogłem ryzykować mieszkanie i kromki chleba z masłem przez wtrącanie się w te sprawy rodzinne? Nie warto popełniać głupstw z powodu półmartwego starca! Siedziałem, mając uczucie, że jestem wspaniale twardy, jak głaz.
Dziewczęta nie przestawały dręczyć swej ofiary. Gniewało je, że starzec rusza głową, i kłuły go również po oczach i nosie. Patrzył na nie z wściekłością, a nie mógł ruszyć ręką. Nagle uniósł się trochę i plunął jednej z nich w twarz. Uniósł się ponownie i plunął w drugą, ale nie trafił. Na to zerwał się gospodarz, rzucił karty i przyskoczył do łóżka czerwony z gniewu.
— Stary wieprzu! Jak śmiesz pluć dzieciom w oczy! — krzyknął.
— Na miłość boską! — zawołałem, nie mogąc wytrzymać. — Przecież one strasznie go dręczą!...
Bojąc się wyrzucenia na bruk, wyrzekłem to niezbyt głośno, drżałem przy tym na całym ciele.