Gospodarz zwrócił się do mnie.

— A to co? — spytał. — Cóż, u diabła, masz pan tu do gadania? Stulże pysk i czyń, co ja mówię, będzie to dla pana najzdrowiej!

Teraz rozległ się głos gospodyni i cały dom zahuczał wyzwiskami.

— Zdaje mi się, jak Bóg miły, żeście wszyscy razem powariowali! — zawołała. — Jeśli wam miły dach nad głową, to siedźcież obaj cicho! Zapowiadam, to nie żarty! Ha... nie dość, że się hołocie daje jedzenie i mieszkanie, człowiek musi znosić jeszcze pyskowanie, bezczelność i cały sąd ostateczny?! Milczeć, powiadam! Cicho mi być zaraz! Stulcie gęby, dzieci, i obetrzyjcie nosy, bo inaczej sama to zrobię! Nie widziałam dotąd takich ludzi! Przyłazi to z ulicy bez öre na maść od wszy, rozbija się po nocy i robi kram w domu. Dość tego, powiadam! Może się wynosić natychmiast każdy, kto tu nie ma prawa być! Chcę mieć spokój we własnym mieszkaniu, wiedzcie to nareszcie!

Nie rzekłem słowa, siadłem tylko przy drzwiach i słuchałem zgiełku. Krzyczeli wszyscy, nawet dzieci, zaś służąca objaśniała, jak się wszystko zaczęło.

Nie doszłoby do tego, gdybym ja był milczał; wszystko minęłoby na pewno, gdybym się jeno nie był wtrącił. Cóż miałem w ogóle mówić? Wszakże była zima i zbliżała się w dodatku noc. Czyż to pora bić pięścią w stół i wybierać się na ulicę? — Nie! — powiedziałem sobie. — Nie róbże głupstw! — Siedziałem cicho i nie wychodziłem, chociaż mnie niemal wyrzucano. Z wielkim uporem gapiłem się na ścianę, gdzie wisiał oleodruk65 wyobrażający Chrystusa, i pomijałem milczeniem wybuchy gospodyni.

— Jeśli się pani chce mnie pozbyć — powiedział jeden z graczy — to nic nie stoi na przeszkodzie.

Wstał, a zaraz wstał też drugi.

— Nie ciebie się chcę pozbyć! — odparła. — I nie ciebie także. Już ja powiem, gdy przyjdzie co do czego, kogo mam na myśli. Tak, powiem... Pokaże się, kto to taki...

Mówiła z przerwami, miotała we mnie ciosy jeden po drugim, przeciągając je jak należy, bym lepiej zrozumiał, że o mnie właśnie idzie. — Spokojnie! Spokojnie! — mówiłem sobie. — Nie kazała mi jeszcze iść precz, nie powiedziała tego wyraźnie, nie użyła właściwych słów, nie trzeba się unosić niewczesną dumą ani pychą... Cicho, sza!... — Ach, cóż za dziwne zielone włosy ma ten Chrystus na obrazie. Całkiem podobne do trawy... można by powiedzieć z wielką ścisłością, że wyglądają jak gęsta, zielona trawa. Jest to nader trafne spostrzeżenie... tak... tak... ogromnie gęsta trawa...