Błysło mi szybko kilka skojarzeń ideowych. Zaczęło się od trawy, potem wspomniałem słowa Pisma, że wszelakie życie jest jako trawa, która zostanie zapalona... Dalej zauważyłem, że w dzień Sądu Ostatecznego wszystko spłonie, następnie zboczyłem ku trzęsieniu ziemi w Lizbonie, w końcu zaś zamajaczyło mi coś, jakby hiszpańska spluwaczka66 z mosiądzu i hebanowa obsadka do piór, widziana u Ylajali. Ach, wszystko to było tak znikome! Zupełnie jak ta trawa, która zostanie podpalona! Skończy się czterema deskami i bielizną dla umrzyków... od panny Andersen ulica Wałowa, po prawej stronie...
Wszystko to wywróciło jednak zaraz koziołka w krytycznym momencie, w którym gospodyni postanowiła wygnać mnie precz.
— Nie słyszy! — zawołała. — Ma się pan wynosić, powiadam! Ten człowiek zwariował, przysięgam na Boga! Słyszy pan? Masz się wynosić, i to natychmiast!
Spojrzałem na drzwi, ale nie po to, by wyjść, przeciwnie, owładnęła mną zuchwała myśl. Gdyby był w drzwiach klucz, przekręciłbym go i zamknął się wraz z wszystkimi, byle nie być zmuszony odchodzić. Uczułem histeryczny lęk przed znalezieniem się na ulicy. Ale klucz nie tkwił w zamku, wstałem tedy... nie było rady.
Naraz gospodarz zabrał głos i sprzeciwił się żonie. Stanąłem zdziwiony. Ten sam człowiek, który mnie przed chwilą zwymyślał, stawał teraz w mej obronie. Powiedział:
— Nie wolno ci wyganiać ludzi na noc. Za to jest kara!
Nie byłem pewny, czy groziła za to kara, może zresztą było tak. Gospodyni podumała, uspokoiła się i przestała do mnie mówić. Położyła nawet przede mną dwie kromki chleba z masłem na kolację, ale nie przyjąłem ich z czystej wdzięczności dla gospodarza, oświadczywszy, że jadłem w mieście.
Gdym się udał na nocleg do przedpokoju, przyszła do mnie gospodyni, stanęła w progu, wystawiła swoje ogromne brzuszysko i powiedziała głośno:
— Wiedz pan jednak, że śpisz tu ostatnią noc! Proszę pamiętać!
— Tak, tak... — odparłem.