Na pewno, myślałem, znajdę sobie jutro jakieś schronisko, gdy się jeno wezmę do rzeczy serio. Na razie byłem bardzo rad, że nie muszę iść.

*

Spałem do piątej czy szóstej. Nie było jeszcze całkiem jasno, ale zaraz wstałem. Z powodu zimna spałem w ubraniu, byłem więc całkiem gotów do drogi. Napiłem się wody, otworzyłem cicho drzwi i wyszedłem prędko z obawy spotkania gospodyni.

Jedyną żywą istotą na ulicy był policjant, pełniący służbę nocną, po chwili kilku ludzi zaczęło gasić latarnie gazowe. Włóczyłem się bez celu, znalazłem się w ulicy Katedralnej i ruszyłem w dół, ku twierdzy. Przemarzły, zaspany, z obolałymi kolanami i grzbietem, znużony daleką wędrówką, a nade wszystko bardzo głodny siadłem na ławce i zdrzemnąłem się na dobrą chwilę. Przez trzy tygodnie żyłem wyłącznie chlebem z masłem, który rano i wieczorem dawała mi gospodyni, a teraz minęła właśnie doba od ostatniego posiłku. Gryzło mnie w żołądku, musiałem koniecznie znaleźć jakąś radę. Powziąwszy to postanowienie, zasnąłem ponownie na ławce.

Ktoś tuż obok głośno przemówił i to mnie zbudziło. Otrząsnąwszy się, spostrzegłem, że jest już jasny dzień, że wszyscy na nogach, wstałem przeto i poszedłem. Słońce świeciło przez rzadkie chmury, niebo było białe i lśniące, toteż rozradowany pogodą po tylu ciemnych tygodniach zapomniałem o troskach i pocieszyłem się myślą, że nieraz było mi dużo gorzej. Uderzyłem się po piersiach i zanuciłem jakąś piosenkę. Ale głos mój brzmiał tak ochryple, taki był zmieniony, że mnie to do łez rozczuliło. Także wspaniały dzień i białe, promieniujące światłość niebo podziałały na mnie silnie i omal nie wybuchnąłem głośnym szlochem.

— Co panu jest? — spytał jakiś mężczyzna.

Nie odpowiedziałem, odszedłem tylko, kryjąc twarz przed ludźmi.

Dotarłem do spichrzów portowych. Pod brzegiem stała duża barka z rosyjską flagą i wyładowywała węgiel. Z boku widniała jej nazwa: „Kopegoro”. Przez jakiś czas obserwowałem z zaciekawieniem, co się działo na pokładzie tego cudzoziemskiego statku. Pozostało już widocznie niewiele ładunku, bo linia zanurzenia wystawała mimo zwykłego balastu jakieś dziewięć stóp67 ponad wodę, a pomost dudnił głucho pod ciężkimi butami robotników znoszących węgiel.

Słońce, światło, słony powiew morza, wesoły ruch wokoło orzeźwiły mnie na nowo i wprawiły krew w szybszy obieg. Nagle przyszło mi na myśl, że mógłbym może napisać tu kilka scen mego dramatu, i dobyłem papiery.

Chciałem sformułować replikę mnicha, przepojoną na wskroś nietolerancją, ale mi się nie powiodło. Pominąwszy mnicha, zacząłem komponować mowę sędziego, skierowaną do kobiety, która zhańbiła dom boży. Napisawszy pół kartki, ustałem. W mych słowach nie było właściwego ducha. Ruch panujący tutaj, przyśpiewki, łoskot bloków i nieustanny brzęk łańcuchów, wszystko to nie godziło się z otępiałym, zmurszałym średniowieczem, obejmującym całość akcji ponurym nastrojem. Zebrałem papiery i wstałem.