Mimo to ruszyłem z pracą naprzód i miałem pewność, że ją dokończę, byle mi coś nie przeszkodziło znowu. Gdzież znaleźć spokojny kącik? Rozważałem to, stojąc pośrodku ulicy, i nie mogłem wyszukać w całym mieście odpowiedniego miejsca, by bodaj przez krótki czas móc pracować. Nie było innej rady jak wracać do „pokojów dla przyjezdnych”. Wiłem się wprost na tę myśl, powtarzałem sobie, że nie wypada, ale mimo to szedłem przed siebie, zbliżając się ciągle do zabronionego miejsca. Zaiste, była to nikczemność, przyznawałem szczerze, był to wielki bezwstyd, szkaradny, ale cóż miałem zrobić? Nie czułem cienia zarozumiałości, mogłem zaręczyć, że jestem najmniej zarozumiałym człowiekiem swego czasu. I szedłem dalej.
Zatrzymałem się u bramy niepewny, co czynić. Niech się dzieje, co chce... musiałem się wziąć na odwagę. Zresztą szło o drobnostkę, o kilka może jeno godzin... potem zaś niech mnie Bóg broni, bym miał w tym domu szukać przytułku. Wszedłem na podwórze. Idąc po wyboistych kamieniach, byłem jeszcze niezdecydowany i omal nie zawróciłem od samych drzwi. Zaciąłem zęby. Precz z fałszywą dumą! W najgorszym razie mogłem się wymówić tym, że przybyłem, by się pożegnać przyzwoicie i ułożyć sprawę zapłaty mojego niewielkiego długu. Otwarłem drzwi do przedpokoju.
Nagle stanąłem jak skamieniały. Tuż przed sobą, o dwa kroki zobaczyłem gospodarza. Nie miał surduta ani kapelusza i zaglądał przez dziurkę od klucza do izby mieszkalnej. Gestem nakazał milczenie i zaglądał dalej, śmiejąc się ustawicznie.
— Chodź pan tu! — szepnął mi.
Zbliżyłem się na palcach.
— Spójrz no pan! — powiedział i buchnął silnym, porywczym śmiechem. — Spójrz pan! Leżą tam... hi... hi... hi... Patrz pan na starego... Czy pan go widzisz?
W łóżku, tuż pod oleodrukiem wyobrażającym Chrystusa ujrzałem dwie osoby — gospodynię i młodego kandydata na sternika. Nogi ich odcinały się biało na ciemnej pierzynie. A po drugiej stronie, pod ścianą, siedział ojciec, sparaliżowany starzec, pochylony jak zawsze, skulony, niezdolny do wykonania ruchu...
Obróciłem się do gospodarza. Czynił ogromne wysiłki, by się nie roześmiać głośno. Ściskał palcami nos.
— Widziałeś pan starego? Czyś go pan widział? Siedzi i przygląda się! — powiedziawszy to, nachylił się i znów patrzył.
Podszedłem do okna i usiadłem. Widok ten przewrócił mi niemiłosiernie wszystkie myśli i zniweczył podniosły nastrój. Zresztą cóż mnie to obchodzi, myślałem. Jeśli mąż nie tylko się godzi, ale nawet bardzo się z tego raduje, co się dzieje, to cóż mi to może szkodzić? A starzec... to wszakże tylko starzec. Widywał pewnie nieraz to samo... może zasnął... Bóg jeden wie... może nawet umarł już? Nie dziwiłbym się nawet, gdyby siedział umarły, i nie miałbym z tego powodu wyrzutów sumienia.