Staruszek chciał widać odejść. Macał wkoło siebie, potem zaś spytał, by nie urwać zbyt nagle.
— Podobno ten Happolati posiada rozległe dobra?
Jakże mógł ślepy, nieznośny karzeł posługiwać się zmyślonym przeze mnie nazwiskiem, tak jakby było rzeczywiste i widniało na każdym z kramów miasta? Nie potknął się o żadną sylabę, nie zapomniał litery. Nazwisko to wżarło się w jego mózg i momentalnie zapuściło korzenie. Byłem rozgniewany i rozgoryczony na tego człowieka, którego nic nie wyprowadzało z równowagi i nie czyniło podejrzliwym.
— Nic o tym nie wiem! — zawołałem z wściekłością. — Wiedz pan tylko raz na zawsze, że zwie się wedle początkowych liter Jan Arendt Happolati!
— Jan Arendt Happolati... — powtórzył, zdziwiony mą gwałtownością, i umilkł.
— Powinien by pan zobaczyć jego żonę! — krzyknąłem groźnie. — Nie ma chyba grubszej... Pan myśli zapewne, że nie jest znowu tak gruba?... Ha?
— Czemuż by nie? Wierzę. Człowiek jak on...
Odpowiedział łagodnie, jakby się bał sprzeciwić i pobudzać mnie do gniewu.
— Do diabła! — wrzasnąłem w końcu. — Czyż sądzisz, człecze, że siedzę tu i okłamuję cię? Sądzisz pewnie, że nie ma wcale żadnego Happolatiego na świecie. Nie widziałem dotąd tak bezczelnego i złośliwego starca. Co to za szatan cię opętał? Myślisz pewnie też, że masz przed sobą nędzarza w ostatniej odzieży, nieposiadającego papierośnicy napełnionej po brzegi? Nie przywykłem do takiego traktowania i niech pan sobie zanotuje raz na zawsze, że nie pozwolę nikomu na świecie, by mi ubliżał tak zuchwale!
Starzec wstał i otwarłszy usta, słuchał moich szaleńczych słów. Gdym skończył, porwał swój pakiet i odszedł prędko, pobiegł niemal drogą małymi, starczymi kroczkami.