— Co? Elekt...?
— Tak! Śpiewnik o elektrycznych, świecących literach. Jest to przedsięwzięcie genialne. Miliony koron kapitału obrotowego, własne odlewnie, drukarnie w pełnym biegu, tłum mechaników... coś około siedmiuset osób, tak słyszałem...
— Tak... tak... — zgodził się starzec cichym głosem. Nie rzekł nic ponadto. Wierzył w każde me słowo, ale nie dziwił się wcale. Byłem rozczarowany, bo chciałem go obezwładnić szalonymi pomysłami.
Powiedziałem jeszcze kilka desperackich blag, hazardując na oślep. Szepnąłem, że Happolati był przez dziewięć lat ministrem w Persji.
— Pan pewnie nie docenia moich słów — dodałem. — Być ministrem w Persji to znacznie więcej niźli tutaj królem, to coś, o ile pan wie, jak być sułtanem. Ale Happolati dał wszystkiemu radę i nie potknął się ani razu.
Potem powiedziałem mu o Ylajali, córce Happolatiego, księżniczce, bogini, posiadającej trzysta niewolnic, spoczywającej na łożu usłanym żółtymi różami, zaręczając, że istoty równie pięknej nie ma na świecie. Niech mnie Bóg skarze, jeślim widział coś podobnego w życiu.
— Hm... tak jest piękna? — rzekł starzec z roztargnieniem i zapatrzył się w ziemię.
— Piękna? Ha... urocza, słodka jak grzech. Powieki niby surowy jedwab, ramiona bursztynowe. Spojrzenie jej to pocałunek, a głos przenika w serce niby prąd żaru wina! Jest po prostu zjawą niebiańską, zaręczam, postacią z baśni!
— Tak... tak... — rzekł staruszek, trochę oszołomiony.
Spokój ten zaczął mnie nudzić. Własne słowa podnieciły mnie, tak że mówiłem całkiem serio. Znikły mi z myśli skradzione dokumenty i tajny traktat z tym czy innym obcym mocarstwem. Płaski pakiet leżał pomiędzy nami na ławce, ja zaś nie doznawałem wcale ochoty obejrzenia go. Zajęły mnie własne myśli, miałem przed oczyma dziwne zjawy, krew uderzała mi do głowy, śmiałem się w głos.