— Happolati... tak! — rzekł, kiwając głową i nie tracąc ani jednej sylaby trudnego słowa.

Spojrzałem zdumiony. Siedział poważny, zadumany. Ledwo wyrzekłem głupie nazwisko, staruszek zaspokoił się nim, jakby je znał dobrze. Położył pakiet na ławce, a mnie przebiegł dreszcz ciekawości. Dostrzegłem na gazecie kilka tłustych plam.

— Czy pański gospodarz jest żeglarzem? — spytał bez cienia ironii. — Zdaje mi się, słyszałem, jakoby był żeglarzem.

— Żeglarzem? Ach... pan ma pewnie na myśli brata? Tu idzie o pana J. A. Happolati, agenta handlowego.

Myślałem, że na tym będzie koniec, ale dziwny staruszek przystał na wszystko.

— Słyszałem, że to ma być dzielny człowiek! — rzekł ostrożnie.

— O, zaiste spryciarz zeń wielki, kupiec zawołany, pośredniczy w eksporcie porzeczek do Chin, piór i pierza rosyjskiego, handluje skórą, masą drzewną, atramentem...

— He... he... he... do diaska! — przerwał mi, rozweselony.

Rzecz zaczynała być ciekawa. Porwany sytuacją łgałem coraz to bardziej, stwarzając różne cudactwa. Siadłem, zapominając o gazecie i tajnych dokumentach. Łatwowierność staruszka rozzuchwalała mnie. Postanowiłem obełgać go bezlitośnie i w sposób niedościgniony przepędzić gdzie pieprz rośnie.

Spytałem, czy słyszał o elektrycznym śpiewniku, wynalezionym przez Happolatiego.