— Tak! — odparłem i zadałem pytanie, czy może przeczytać bodaj tytuł dziennika trzymanego w ręce.
— Z trudem. Zresztą zaraz spostrzegłem, że pan cudzoziemiec, po akcencie mowy. Słuch posiadam doskonały i nocą, gdy wszyscy śpią, słyszę przez ściany oddechy ludzi... Ale coś chciałem rzec... Gdzie pan mieszka?
Od razu w mojej głowie zarysowało się kłamstwo. Łgałem bezwiednie, bez zamiaru ani ubocznej myśli.
— Na placu św. Olafa, numer 2.
— Doprawdy? — Staruszek znał każdy kamień bruku tego placu. — Jest tam studnia, kilka słupów z latarniami, drzewo... — pamiętał każdy szczegół. — Jakiż jest numer pańskiego mieszkania?
Chciałem skończyć i wstałem podniecony żądzą zobaczenia tytułu gazety. Tajemnica musiała być odkryta za wszelką cenę.
— Jeśli pan nie może czytać, dlaczegóż tedy...
— Numer drugi?... — rzekł, nie dostrzegając mego niepokoju. — Znałem swego czasu wszystkich mieszkańców tego domu. Jakże się zwie gospodarz pański?
Zmyśliłem na poczekaniu jakieś nazwisko, chcąc się go pozbyć, i wyrzuciłem je dla zaspokojenia dręczyciela.
— Happolati! — powiedziałem.