Na dźwięk jego głosu wicher jakiś wymiótł mi wszystko z głowy, porzuciłem trzewiki i doznałem wrażenia, że moje dotychczasowe pomieszanie datuje się od bardzo dawna, sprzed roku czy dwu, tak iż znika z pamięci. Siadłem prosto i przyjrzałem się starcowi.
Nic mnie nie obchodził, nic a nic! Trzymał w ręce gazetę obróconą ogłoszeniami na zewnątrz, a w gazecie było coś zapakowane. Zaciekawiony, nie mogłem oderwać oczu od gazety i wpadła mi szalona myśl, że owa gazeta mogła być jedyną w swoim rodzaju, nie znano czegoś podobnego na świecie... Poruszyłem się niespokojnie. Ciekawość poddała mi przypuszczenie, że mogą tam być dokumenty lub niebezpieczne akta, skradzione w archiwum. Zamajaczył mi jakiś tajemny traktat... sprzysiężenie...
Staruszek siedział cicho i dumał. Czemuż to nie trzymał jak wszyscy gazety tytułem na wierzch? Czyż to był podstęp? Zdawało się, jakby za nic w świecie nie chciał wypuścić pakunku z dłoni ani powierzyć nawet własnej kieszeni. Byłbym się założył o własną głowę, że w tym coś jest.
Patrzyłem w powietrze, doznając wielkiego pomieszania, gdyż nie sposób było przeniknąć tej mistycznej sprawy. Przeszukałem kieszenie, chcąc dać coś staruszkowi i przy tej okazji wszcząć rozmowę. Dobyłem książeczkę z abonamentem golarza, ale schowałem ją z powrotem. Nagle zdobyłem się na krańcową bezczelność, uderzyłem po pustej kieszeni na piersiach i rzekłem:
— Czy mogę panu służyć papierosem?
O nie... podziękował... nie palił, musiał zaprzestać dla oszczędzania oczu... był niemal ślepy... W każdym razie jednak dziękował nader uprzejmie.
Spytałem, czy od dawna cierpi na oczy. Pewnie nie może czytać... nawet dzienników?
Niestety, nawet dzienników!
Spojrzał na mnie. Chore oczy były powleczone białawą skórką, wyglądały szklisto i czyniły bardzo niemiłe wrażenie.
— Pan nietutejszy? — spytał.