Spojrzał na kołdrę, potem na mnie i wziął wreszcie tobół, wzdrygając pogardliwie ramionami. To mnie dotknęło.
— U kroćset tysięcy!... — zawołałem. — Bądźże pan trochę ostrożniejszy! W kołdrze znajdują się dwie kosztowne wazy, które posyłam do Smyrny25.
To podziałało cudownie. Każdym ruchem ciała prosił mnie teraz o przebaczenie za to, że nie domyślił się zaraz tak cennej zawartości. Gdy skończył pakować, podziękowałem mu za pomoc, jak przystało człowiekowi, który już nieraz posyłał kosztowne wazy do Smyrny. Gdym wychodził, otworzył mi drzwi.
Wałęsałem się pomiędzy ludźmi po Stortorwie, najczęściej w pobliżu kobiet sprzedających kwiaty. Krwistoczerwone róże, lśniące w mgle poranka, kusiły mnie, rad bym był porwać jedną i celem obejrzenia ich z bliska spytałem o cenę. Gdyby mi starczyło pieniędzy, postanowiłem kupić kilka, w inny sposób ratując potem równowagę budżetu.
Nadeszła dziesiąta, przeto udałem się do redakcji. Mężczyzna, zwany „Nożyczkarzem”, grzebał w stosie starych gazet. Redaktora jeszcze nie było. Na zapytanie podałem mu mój obszerny rękopis, dając do zrozumienia, że jest to coś niezwykłego, i kładąc na sercu, by go wręczył osobiście redaktorowi, gdy tylko przybędzie. Oświadczyłem, że sam zajdę w ciągu dnia po odpowiedź.
— Dobrze! — rzekł „Nożyczkarz”, zabierając się ponownie do gazet.
Wydało mi się, że bierze sprawę zbyt spokojnie, nie rzekłem jednak nic, skinąłem tylko obojętnie głową i wyszedłem.
Byłem wolny. Gdybyż się jeno chciało rozpogodzić! Pluta26 była straszna, powietrze było bezwietrzne i ciężkie. Damy chroniły się pod parasolami, a wełniane czapki mężczyzn wyglądały nader smutno. Powlokłem się znowu na rynek, oglądałem jarzyny i róże i nagle poczułem dotknięcie na ramieniu. Znajomy, zwany „Mamzelem”, pozdrowił mnie życzliwie.
— Dzień dobry? — odparłem tonem zapytania, by się dowiedzieć, czego chce. Nie miałem wielkiego zaufania do pana „Mamzela”.
Spojrzał z ciekawością na świeżuteńki pakunek i spytał: