— Chciałbym się widzieć z panem Christi... — powiedziałem.
— Służę panu... — odparł.
Powiedziałem nazwisko i nadmieniłem, że ośmieliłem się przesłać mu ofertę, a nie wiem, jaki odniosła skutek.
Powtórzył kilka razy me nazwisko i zaczął się śmiać.
— Uważajże pan! — powiedział, dobywając mój list z kieszeni. — Proszę spojrzeć i przekonać się, co pan wyrabia z liczbami. Na liście umieścił pan datę roku 1848... — zaśmiał się w głos.
Przyznałem się pokornie do bezmyślności i roztargnienia.
— Potrzeba mi — rzekł na to — człowieka niemylącego się w liczbach. Żal mi bardzo, pismo ma pan wyraźne i list mi się również podobał, mimo to jednak...
Czekałem chwilę. Nie mogło to być chyba ostatnie słowo. Tymczasem kupiec zabrał się z powrotem do torebek.
Przyznałem się raz jeszcze, że jest to nader przykra omyłka, rzecz wprost nieznośna, która się jednak nie powtórzy. Nie sądzę jednak, bym przez to miał się stać niezdolny do prowadzenia ksiąg handlowych.
Zgodził się na me zapatrywanie i nie twierdził tak wcale, dodał jednak, że przykłada tyle wagi do ścisłości, iż zdecydował się wziąć kogoś innego.