— Miejsce jest tedy zajęte? — spytałem.
— Tak.
— Ano, to trudno... nie da się nic zrobić!
— Nie. Przykro mi bardzo.
— Żegnam pana! — zawołałem.
Zawrzałem płomiennym, brutalnym gniewem, wziąłem pakunek z sieni, zacisnąłem zęby i pobiegłem chodnikiem, rozbijając spokojnych przechodniów i nie przepraszając ich za to. Jakiś pan zatrzymał się i skarcił dość ostro me postępowanie. Wówczas krzyknąłem mu jakieś głupie słowo, podsunąłem pięść pod sam nos i odszedłem przepojony szałem, niemożliwym do opanowania. Zawołał policjanta, a ja nabrałem wielkiej ochoty dostać się w jego ręce. Zwolniłem nawet kroku, by mu ułatwić aresztowanie, ale nie przyszedł. Czyż był jakiś sens w tym utrącaniu najgorętszych pragnień człowieka? Po cóż napisałem datę roku 1848? Cóż mnie to, u licha, obchodziło? I z tego to powodu musiałem wałęsać się, głodując, tak że trzewia mi się kurczyły jak robaki. W dodatku nie było tego dnia nadziei na jedzenie.
Im dłużej trwał taki stan, czułem coraz to większą próżnię pod względem fizycznym i duchowym i skłonność do coraz to mniej honorowych uczynków. Łgałem jak najęty, pozbawiałem biednych ludzi czynszu za mieszkanie, nawet walczyłem z chętką zamachu na cudzą kołdrę, a wszystko to bez cienia skruchy czy wyrzutów sumienia. W duszy mej rozsiadły się czarne plamy zgnilizny, grzyby jakieś szkaradne.
A na tronie niebieskim siedział Bóg i przyglądał się bacznie procesowi mej zatraty, który szedł właściwą koleją, nieustannie, regularnie, bez usterek co do czasu i reguł sztuki. Na dnie zaś piekieł sapały z niecierpliwości diabły, wściekłe, że tak długo nie popełniam jakiegoś grzechu śmiertelnego, czegoś strasznego, za co by mnie sprawiedliwość boska musiała niechybnie strącić w bezdeń...
Przyspieszyłem kroku, zacząłem biec jak szalony, zwróciłem się nagle w lewo i wpadłem zły i wzburzony w jasną, zdobną sień. Nie przystanąłem ani na moment, ale objąłem świadomością natychmiast cały wygląd sieni aż do drobiazgów u drzwi, dekoracji i deseniu podłogi. Wbiegłem na schody i zadzwoniłem silnie na pierwszym piętrze. Czemuż zatrzymałem się właśnie na pierwszym piętrze? Czemuż chwyciłem dzwonek najdalszy od schodów?
Ukazała się młoda dama w szarej sukni z czarnym obramieniem. Spojrzała na mnie ze zdumieniem, potem zaś potrząsnęła głową i rzekła: