— Nie, dziś nie mamy nic! — po czym zamierzała najwidoczniej zamknąć mi drzwi przed nosem.
Czemuż wpadłem właśnie na to stworzenie boskie? Wzięła mnie po prostu za żebraka. W jednej chwili wrócił mi chłód i spokój. Zdjąłem kapelusz i skłoniwszy się z czcią, powiedziałem, udając, że nie dosłyszałem tego, co mówiła:
— Bardzo panią przepraszam za zbyt gwałtowne dzwonienie, ale nie znałem dzwonka. Mieszka tutaj podobno chory jegomość, który zamieścił w dziennikach ogłoszenie, że potrzebuje kogoś do wożenia go w wózku.
Słuchała mych bezczelnych kłamstw i zdawała się mieć wątpliwości co do mej osoby.
— Nie — powiedziała w końcu — tu nie mieszka żaden chory...
— Nie? Starszy pan, dwie godziny jazdy dziennie, po czterdzieści öre za godzinę?
— Nie.
— Powtórnie tedy przepraszam! — rzekłem. — Może go znajdę na parterze. Chciałem polecić pewnego człowieka, którego znam i którym się interesuję. Nazywam się Wedel-Jarlsberg...
Złożyłem ukłon i cofnąłem się, a młoda dama, oblana rumieńcem, stała jak skamieniała, patrząc za mną, gdym zstępował po schodach.
Wrócił mi spokój i wyjaśniło się w głowie. Słowa młodej damy były mi niby zimny tusz. Do tego więc już doszło, że każdy, spojrzawszy na mnie, myślał: oto żebrak, któremu wynoszą jedzenie poza drzwi.