W Mollenstraede zatrzymałem się przed jakąś gospodą, wdychając zapach smażonego mięsa. Położyłem już dłoń na klamce i chciałem wejść, ale namyśliłem się jeszcze na czas i odszedłem. Dotarłszy do Stortorwu, nie znalazłem wolnego miejsca na spoczynek, wszystkie ławki były zajęte, obszedłem daremnie wkoło kościół, a przy tym mruczałem do siebie: Oczywiście... oczywiście... oczywiście!... Ruszyłem dalej, zboczyłem do studni na rogu bazaru, napiłem się wody i powędrowałem wolno dalej, przystając przed wystawami i badając uważnie każdy mijający mnie pojazd. W głowie czułem gorąco, dziwną jasność, w pulsach zaś tętnienie. Wypita woda źle mi zrobiła, tak że musiałem wymiotować tu i ówdzie na ulicy. W ten sposób dostałem się na cmentarz Zbawiciela. Siadłem, oparłem łokcie o kolana, złożyłem głowę na dłoniach i uczułem w tej pozycji ulgę, nie gryzło mnie już teraz w piersiach.
Tuż obok mnie leżał wyciągnięty na wielkiej płycie granitowej kamieniarz i wykuwał napis. Miał niebieskie okulary i przypomniał mi żywo pewnego znajomego, pracującego w banku, spotykanego dawniej w kawiarni „Oplandske”.
Należało odrzucić wstydliwość i zwrócić się do niego, mówiąc otwarcie, że źle mi się powodzi i nie mogę zarobić na życie. Mogłem mu zresztą dać abonament do golarza... Cóż u licha... Gdzież moja książeczka... sześć kartek wartości blisko jednej korony? Zacząłem jej szukać nerwowo, zdjęty strachem, oblany potem, i w końcu znalazłem na dnie bocznej kieszeni wraz z czystym papierem bezcelowo zagryzmolonym. Przeliczyłem je naprzód i wstecz kilka razy. Nie były mi potrzebne, wszakże mogłem wpaść na pomysł zapuszczenia brody, a uratowałaby mnie biała półkoronówka z kongsberskiego33 srebra! Bank zamykano o szóstej, mogłem tedy owego znajomego schwytać około siódmej lub ósmej pod kawiarnią.
Radowałem się tą myślą przez dłuższą chwilę. Czas mijał, wiatr szeleścił w koronach kasztanów, dzień miał się ku schyłkowi. Czyż nie wstyd zbliżać się z sześciu jeno kartkami golarza do młodzieńca pracującego w banku? Pewnie miał w kieszeni dwie grube książeczki abonamentowe o kartkach nierównie czystszych i piękniejszych niż moje. Przeszukałem kieszenie, chcąc mu jeszcze coś dać, ale były puste. Ach, prawda, wszakże posiadałem krawat niepotrzebny zupełnie, gdyż nie mając kamizelki, i tak musiałem zapinać surdut aż po brodę. Zdjąłem tedy krawat, a był on wielki, tak że zakrywał pół piersi. Oczyściłem go starannie i wraz z książeczką abonamentową zapakowałem w czysty papier. Potem, opuściwszy cmentarz, ruszyłem pod kawiarnię.
Na ratuszu była już siódma. Chodziłem pod kawiarnią wzdłuż zielonej kraty i bystro lustrowałem wchodzących i wychodzących. Na koniec około ósmej zobaczyłem poszukiwanego. Elegancki i wyświeżony kroczył ulicą, kierując się ku drzwiom kawiarni. Serce zatrzepotało mi w piersiach niby ptak, ruszyłem naprzeciw i zagadnąłem bez pozdrowienia:
— Pół koronki, jeśli łaska, drogi przyjacielu! Oto masz pan tu coś w zamian! — Zrobiłem bezczelną minę i wetknąłem mu w rękę pakiecik.
— Nie mam nic! — powiedział. — Dalibóg, nie mam! — rozwarł w mych oczach portmonetkę i przewrócił ją. — Wczoraj wieczorem puściłem się trochę i wypłukałem się do cna. Niech mi pan wierzy, nie mam ani grosza!
— O tak, drogi panie... wierzę w zupełności! — zawołałem, pewny, że nie miałby potrzeby kłamać z powodu takiej bagatelki. Wydało mi się też, że szukając po kieszeniach, miał jakby przysłonione łzami oczy. Cofnąłem się więc i rzekłem: — Przepraszam bardzo, chwilowo znalazłem się w potrzebie!
Odszedłem już dość daleko, gdy mnie zawołał, chcąc oddać pakiecik.
— Niech go pan zatrzyma! — rzekłem. — To podarek! Drobiazgi to jeno... wszystko niemal, co posiadam jeszcze na tej ziemi! — Wzruszyły mnie własne słowa, tak beznadziejnie brzmiące w zapadającym mroku, i zacząłem płakać.