Wiał chłodny wiatr, chmury pędziły po niebie, wraz z nadciągającą nocą stawało się coraz zimniej. Szedłem, płacząc nieustannie, wzruszony do głębi własnym losem, i powtarzałem okrzyk, który mi na nowo wyciskał łzy z oczu, tak że nie wiedziałem, czy ustaną.
— O, Boże... Boże... jakże źle ze mną... Jakże strasznie źle!
Minęła z wolna, leniwie godzina. Przez jakiś czas wałęsałem się po Torostraede, siadałem na schodach, gdy ktoś nadchodził — kryłem się do sieni, stawałem bezmyślnie przed wystawami, patrząc na ludzi snujących się z towarami i pieniędzmi, wreszcie znalazłem zaciszny kącik poza stosem desek, pomiędzy kościołem a bazarem.
Nie mogłem iść dziś do lasu, choćby się nie wiedzieć co stało, nie miałem sił na przebycie tej nieskończenie długiej drogi, postanowiłem tutaj spędzić jako tako noc. Gdybym zanadto zmarzł, mogłem bez żadnych ceregieli pospacerować wokoło kościoła. Rozparłem się i zacząłem drzemać.
Hałas uliczny przycichał z wolna, zamykano sklepy, kroki przechodniów rozbrzmiewały coraz rzadziej, a światła w oknach gasły jedno po drugim...
Otwarłem oczy i spostrzegłem jakąś postać przed sobą. Połyskujące guziki świadczyły, że był to policjant, twarzy jednak nie widziałem.
— Dobry wieczór! — powiedział.
— Dobry wieczór — odparłem przerażony. Czekałem trwożnie. Policjant stał chwilę bez ruchu.
— Gdzie pan mieszka? — spytał.
Z nawyku, nie myśląc wcale, podałem adres poddasza, które musiałem opuścić.