Spytałem, co mam zrobić.

— Hm... najlepiej iść do hotelu i tam spędzić noc.

— Nie mogę iść do hotelu, albowiem zabrakło mi pieniędzy. Zabawiłem się w kawiarni... no i oczywiście... rzecz jasna.

Staliśmy chwilę na schodach ratusza. Namyślał się, patrzył na mnie, deszcz zaś lał jak z cebra.

Potem poradził, bym się zgłosił do dyżurnego i oświadczył, że jestem bezdomny.

Bezdomny? Nie wpadło mi to do głowy... Świetna myśl, u kata! Podziękowałem policjantowi za doskonałą radę i spytałem, czy mogę po prostu wejść i zgłosić się jako bezdomny.

— Oczywiście, całkiem po prostu.

— Nazwisko? — spytał dyżurny.

— Tangen... Andrzej Tangen.

Nie wiem, czemu skłamałem. Myśli me fruwały wokół i poddawały więcej konceptów, niźli mogłem zużytkować. Wymyśliłem błyskawicznie to zgoła obce nazwisko i rzuciłem je bez namysłu. Łgałem bez potrzeby.