— Zawód?
Znaczyło to tyle co wyrzucenie na bruk. Zrazu zamierzałem zrobić się powroźnikiem, ale nazwisko nie było odpowiednie, a przy tym miałem okulary na nosie. Należało iść bezczelnie przebojem, postąpiłem przeto krok naprzód i rzekłem uroczyście, z naciskiem:
— Dziennikarz.
Dyżurny drgnął, nim zanotował, ja zaś stałem przed balaskami jak bezdomny radca dworu. Nie obudziłem podejrzenia, dyżurny zrozumiał, dlaczego zawahałem się z odpowiedzią. Jakaż dziwna rzecz... dziennikarz w ratuszu, bez dachu nad głową!
— W którym piśmie pan pracuje, panie Tangen?
— W „Kurierze Porannym” — odparłem. — Niestety, zabawiłem zbyt długo w kawiarni...
— To nie należy do rzeczy! — przerwał i dodał z uśmiechem: — Gdy młodzi hulają... natenczas... rozumiemy to dobrze! — Potem zwrócił się do policjanta i rzekł: — Proszę zaprowadzić pana do oddziału zarezerwowanego... — Skłonił się uprzejmie i dodał: — Dobranoc!
Moja bezczelność przejęła mnie zimnym dreszczem.
Zacisnąłem pięści, by dodać sobie odwagi.
— Gaz świeci się35 przez dziesięć minut! — oświadczył policjant w drzwiach.