Zadumałem się cicho nad znaczeniem mego słowa, a czyniłem przy tym dziwaczne skoki pojęciowe. Słowo to nie musi znaczyć ani Bóg... ani Tivoli... a bezczelność popełniłby ten, kto by je wyłożył jako... oględziny bydła... Zacisnąłem pięści i spytałem: — Kto to powiada? — W gruncie rzeczy znaczenie było nawet niekonieczne... kłódka... lub... wschód słońca. Nietrudno odnaleźć znaczenie dla tak wspaniałego słowa, trzeba tylko dać sobie folgę37 i przespać się przedtem.
Leżałem śmiejąc się z cicha, ale nie mówiłem nic i nie decydowałem. Po chwili uczułem zdenerwowanie. Nowe słowo zaczęło mnie dręczyć, wracało, ogarnęło w końcu wszystkie myśli i zaniepokoiło. Wiedziałem, czego nie oznacza, ale nie postanowiłem, co ma oznaczać. Była to kwestia uboczna! Tak sobie powiedziałem głośno i powtórzyłem to raz jeszcze, chwytając się za ramię. Dzięki Bogu, słowo zostało odkryte... a to rzecz główna. Ale uwzięło się, by mi nie dać zasnąć, szukałem znaczenia i żadne nie było dość dobre. Wstałem, schwyciłem się oburącz za głowę i powiedziałem:
— Nie... niemożliwe, by znaczyło... fabryka tytoniu lub... wychodźstwo!... Za to nie biorę odpowiedzialności. Winno ono raczej znaczyć coś duchowego... — oczywiście... jakieś uczucie lub nastrój.
Dumam nad tym i naraz wydaje mi się, że ktoś wtrąca swe trzy grosze w te roztrząsania. Pytam więc:
— Co proszę? Nie, trudno o większy idiotyzm... przędza? Idź pan do diabła! Nie ma obowiązku oznaczać przędzy, bowiem oponuję przeciw temu. Jestem odkrywcą i mam wszelkie prawo nadać mu dowolne znaczenie, o ile zaś wiem, nie zadecydowałem jeszcze...
Mieszało mi się coraz bardziej w głowie. W końcu wyskoczyłem z łóżka, by znaleźć wodociąg. Nie byłem spragniony, tylko głowa mi pałała i bezwiednie pożądałem wody. Napiłem się, woda mnie ochłodziła i zacząłem walczyć z całej mocy o sen. Zamknąłem oczy i ległem bez ruchu na kilka minut, pocąc się i czując łomot krwi w żyłach. Ha... to paradne, jak zaglądał do tulejki! Zakaszlał przy tym. Ciekawym, czy też jeszcze chodzi tam i z powrotem... czy siada na mojej ławce... granatowo-perliste morze... okręty...
Otwarłem oczy, na cóż je bowiem zamykać, skoro nie śpię! Zobaczyłem tę samą straszną ciemność, tę samą czarną wieczność, którą myśli moje daremnie starały się rozproszyć i pojąć. Z czymże ją porównać? Wysilałem się na odnalezienie słowa dość czarnego dla jej określenia. Musiało być tak srodze czarne, by przy wymawianiu czerniło usta. O Boże, jakże było ciemno! Przyszło mi na myśl to, com widział w porcie — owe czarne potwory-okręty, czyhające na mnie. Miały mnie wessać w siebie i ponieść daleko przez czarne krainy, gdzie nie było ludzi. Wydało mi się, że jestem na pokładzie, że pociąga mnie woda, że płynę wśród chmur... że spadam... spadam!... Krzyknąłem przeraźliwie, chwytając się łóżka. Odbyłem niebezpieczną podróż, rzucony niby garść czegoś w powietrze. Dotknąwszy ręką twardej pryczy, uczułem się ocalony!
— Tak się dzieje w chwili śmierci — powiedziałem sobie — teraz umrzesz! — Leżałem przez chwilę, rozmyślając, że umrę. Potem siadłem i spytałem ostro: — Kto powiedział, że mam umierać? Wszakże odkryłem słowo i sam rozstrzygnę, co oznacza!...
Słyszałem siebie mówiącego i wiedziałem, że fantazjuję. Szaleństwo moje było to delirium bezsiły i wyczerpania, ale zachowałem pełną świadomość. Nagle błysnęło mi, żem oszalał. Przejęty strachem, wyskoczyłem z łóżka. Zatoczyłem się do drzwi, czyniłem wysiłki, by je otworzyć, rzuciłem się na nie kilka razy celem wyważenia ich, uderzyłem głową o ścianę, krzyknąłem z bólu, gryzłem sobie palce i kląłem...
Była zupełna cisza. Mury odrzucały jeno moje własne słowa. Niezdolny rzucać się dłużej po celi, padłem na ziemię. Nagle ujrzałem wysoko w górze przed oczyma szary kwadrat pośród ściany, przebłysk bieli... przeczucie jej ledwo... był to świt. Odetchnąłem z uczuciem rozkosznej ulgi. Przylgnąłem do podłogi, płacząc z radości odkrycia błogosławionego kwadratu światła, łkałem z wdzięczności, rzucałem przez powietrze całusy ku oknu, słowem, zachowywałem się jak szaleniec. Jednak i w tej chwili wiedziałem, co czynię. Znikło od razu przygnębienie, rozpacz i ból, w myśli nie miałem już tęsknoty za niespełnionym jakimś pragnieniem. Siadłem na podłodze, złożyłem ręce i czekałem na powrót dnia.