Cóż za noc przeżyłem!
— Czyż nikt nie usłyszał hałasu? — spytałem zdumiony. Zajmowałem, co prawda, oddział zarezerwowany ponad salą innych więźniów, byłem, jak się to mówi, bezdomnym radcą dworu. W najlepszym nastroju, zapatrzony w coraz bardziej jaśniejący kwadrat, zabawiałem się udawaniem radcy dworu, nazywałem się... von Tangen... wyrażałem się urzędowym stylem. Nie przestałem fantazjować, tylko nerwowość ukoiła się po trosze. Ach, czemuż uczyniłem tak głupio, zostawiając w domu czy gubiąc portfel z pieniędzmi? Pytałem, czy nie będę miał zaszczytu położyć pana radcy dworu do łóżka. Z wielką powagą i zachowaniem ceremoniału podszedłem do pryczy i ległem.
Pojaśniało tak, że mogłem dostrzec zarysy celi, a w chwilę potem nawet wielką, ciężką klamkę. Zabawiało mnie to. Znikła jednostajna, drażniąca, gęsta ciemność, mogłem widzieć siebie, to uspokoiło moje wzburzenie i niebawem uczułem, że powieki mi zapadają...
Uderzono kilka razy w drzwi, zerwałem się, wyskoczyłem z łóżka i wdziałem ubranie, mokre jeszcze od wczoraj.
— Musisz się pan zgłosić na dole u dyżurnego! — przykazał policjant.
Ach... znowu będą formalności... — pomyślałem przerażony.
Zszedłem do wielkiej sali, gdzie siedziało trzydziestu czy czterdziestu mężczyzn, a wszyscy bezdomni. Jednego po drugim wzywano do protokołu i każdy dostawał kartkę na jadło. Dyżurny mówił ustawicznie do stojącego obok policjanta:
— Czy dostał kartkę? Dobrze... proszę pamiętać, by każdy dostał kartkę. Przyda im się to... przyda, jak widzę.
Stałem, patrzyłem na te kartki i pożądałem swojej.
— Andrzej Tangen, dziennikarz!