Przystąpiłem z ukłonem.
— Ach, drogi panie, jakże pan się tu dostał?
Wyjaśniłem całą rzecz, opowiedziałem tę samą co w nocy historyjkę, łgałem jak najęty z całą szczerością.
— Niestety, zbyt długo zasiedziałem się w kawiarni... zgubiłem klucz od bramy...
— Hm... — uśmiechnął się. — Tak bywa czasem. Czyś pan dobrze spał?
— Jak radca dworu... — odrzekłem. — Jak sam radca dworu!
— Cieszy mnie to! — rzekł wstając. — Do widzenia!
Odszedłem.
Gdzież karta, gdzież moja karta?! Od długich trzech dni i nocy nie miałem nic w ustach! Bodaj kawałek chleba! Nikt mi jednak nie wręczył karty, a nie śmiałem o nią prosić. Wzbudziłoby to zaraz podejrzenie, zaczęto by grzebać w mych sprawach osobistych, dowiedziano by się, kim jestem, i przyaresztowano by mnie za fałszywe zeznania. Podniosłem głowę, przybrałem minę milionera, założyłem ręce za klapy surduta i wyszedłem z ratusza.
Słońce dogrzewało, było około dziesiątej, a plac Younga roił się od ludzi. Dokądże iść? Uderzyłem po kieszeni i wyczułem rękopis. Około jedenastej chciałem iść do redaktora. Stanąłem przy balustradzie, spoglądając na ruch uliczny, a odzież moja zaczęła parować. Zjawił się głód i jął kąsać, kłuć i szczypać boleśnie. Czyż w istocie nie miałem ani jednego przyjaciela lub znajomego, który by mi pomógł w tej opresji? Wysilałem pamięć, by znaleźć kogoś, kto by mi pożyczył dziesięć öre, i nie mogłem znaleźć. Dzień był przecudny, słońce nieciło jasne blaski, niebo podobne szafirowemu morzu lśniło ponad górami...