Bezwiednie skierowałem się ku domowi.
Byłem bardzo głodny. Znalazłem na ulicy wiór, zacząłem go żuć i ból minął. Ach, czemuż nie pomyślałem o tym prędzej?
Brama stała otworem, a parobek stajenny pozdrowił mnie jak zawsze.
— Śliczna pogoda! — zauważył.
Potwierdziłem, nie wiedząc, co mówić dalej. Czyż prosić go o pożyczenie korony? Wiedziałem, że uczyniłby to chętnie w razie możności. Pewnego razu napisałem mu list.
Stał, dławiąc się czymś, co chciał rzec.
— Śliczna pogoda... — powtórzył. — Właśnie też mam płacić gospodyni. Czyby pan nie był łaskaw pożyczyć mi pięciu koron? Tylko na kilka dni. Już nieraz robił mi pan tę przysługę.
— Nie! Nie mogę na razie, Jensie Olai! — odrzekłem. — Może po południu... zobaczę... — powiedziawszy to, wstąpiłem chwiejnym krokiem na schody.
Rzuciłem się na łóżko i wybuchnąłem śmiechem. Cóż za iście świńskie szczęście! Uprzedził mnie i uratował honor. Pięć koron? Niechże cię, człecze!... Mogłeś mnie równie dobrze prosić o pięć akcji kuchni parowej albo willę w Aker!
Na myśl o tych pięciu koronach coraz większa wesołość mnie rozbierała. Co za szelma... pięć koron! Dobrze trafił, bałwan!... Poniosła mnie wesołość... Pfe!... cóż to za wstrętny odór kuchenny! Czuć, zdaje mi się, kotlety wieprzowe... jeszcze z czasu obiadu... pfe! Otwarłem okno, by wypuścić nieznośny fetor, i zawołałem: