— Kelner, pół porcji befsztyka, ale zaraz! — Zwróciłem się do stołu, owego stołu, który, pisząc, musiałem podtrzymywać kolanami, i powiedziałem z ukłonem: — Czy pan pozwoli szklankę burgunda? Nie? Nazywam się Tangen, radca dworu, Tangen... Niestety, zbyt długo zabawiłem w kawiarni... zginął mi klucz od bramy... — Myśli me rozproszyły się znowu na cztery wiatry. Wiedziałem, że mówię bez związku, słyszałem i rozumiałem każde słowo. Rzekłem sobie: — Pleciesz bez sensu! — Ale nie mogłem nic na to poradzić! Wydawało mi się, że mówię przez sen. Głowę miałem lekką, nie bolało mnie w niej nic, nic nie uciskało, a w duszy jaśniała bezchmurna pogoda. Płynąłem dokądś bez oporu, niezdolny sterować sobą.

— Proszę... proszę!... Jak widzisz, Ylajali, wszystko z rubinów. Chodźże, Ylajali... dywan puszysty pod twymi nogami. Jakże ciężko oddycha! Pocałuj mnie, jedyna... jeszcze raz... jeszcze... Ramiona twe jak bursztyn, usta płoną... Kelner, zamówiłem befsztyk!...

Słońce świeciło jasno, na dole konie chrupały owies. Siedziałem, ssąc wiór drzewa, wesoły, swobodny jak dziecko. Czułem przy sobie ciągle rękopis, nie uświadamiając sobie tego jasno. Instynkt mówił mi, że jest, tętniło mi to we krwi. Na koniec dobyłem go.

Zmókł trochę, przeto położyłem go na słońcu i zacząłem chodzić po pokoju. Jakże przygnębiająco wyglądał! Po podłodze walały się skrawki blachy, nie było natomiast krzesła ani gwoździa w ścianie. Wszystko zastawiłem i przejadłem. Został stół i kilka pokrytych kurzem arkuszy papieru. Prócz tego stara, zielona, pożyczona od Hansa Pauli kołdra... Ach, prawda... Hans Pauli... Trzasnąłem palcami... on mi dopomoże! Przypomniałem sobie jego adres. Jakże mogłem go zapomnieć! Weźmie mi niezawodnie za złe, żem się doń od razu nie zwrócił. Włożyłem kapelusz, zebrałem kartki rękopisu i zszedłem na dół.

— Słuchaj no, Jensie Olai! — zawołałem do stajni. — Pewny jestem, że będę mógł przysłużyć się wam dziś jeszcze!

Pod ratuszem spostrzegłem, że minęła jedenasta, toteż postanowiłem przede wszystkim iść do redakcji. Stojąc u drzwi biura, stwierdziłem, że papiery w porządku, wygładziłem je, schowałem do kieszeni i zapukałem. Serce biło mi mocno, gdy wchodziłem.

„Nożyczkarz” siedział jak zawsze na swoim miejscu. Spytałem o redaktora. Nie odpowiedział. Wycinał drobne wiadomości z pism prowincjonalnych.

Ponowiłem pytanie i przystąpiłem bliżej.

— Redaktor jeszcze nie przybył! — oświadczył wreszcie, nie patrząc na mnie.

— A kiedy będzie?