Na jego drzwiach obok biletu: „H. P. Pettersen stud. teologii” znalazłem kartkę z napisem: „Wyjechał do domu”.
Siadłem, gdzie stałem, na ziemi, ogłupiały, strasznie słaby i do cna wyczerpany. Powtórzyłem kilka razy: — Wyjechał... wyjechał do domu. — Potem zamilkłem. Ani łzy w mym oku, ani myśli, ni uczucia nie było w duszy. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywałem się w listy, nic nie czyniąc. Przetrwałem tak bez ruchu dziesięć, dwadzieścia minut, a może dłużej, niemal śpiąc skutkiem oszołomienia. W końcu wstałem, usłyszawszy kogoś na schodach, i powiedziałem:
— Mam dwa listy do studenta Pettersena.
— Wyjechał do domu — rzekła kobieta — ale wróci po wakacjach. Mogę mu listy przechować, jeśli pan zechce.
— Dziękuję, bardzo dobrze. Otrzyma je po powrocie, a mogą zawierać coś ważnego. Do widzenia!
Stanąwszy na chodniku, powiedziałem, zaciskając pięści:
— Wiedz, miły Panie Boże, że jesteś... no, mniejsza z tym!... — Zgrzytając zębami, podniosłem głowę i kiwając nią, dodałem wściekły: — Jesteś... niech mnie diabli wezmą... jesteś...
Postąpiłem kilka kroków i zmieniając nagle postawę, złożyłem ręce, przechyliłem na bok głowę i spytałem słodkim, nabożnym głosem:
— Czyś się doń już zwracał, moje dziecko?
Brzmiało to fałszywie.