Należało mówić uroczyściej, z większym uszanowaniem, a więc rzekłem jeszcze raz z całą czołobitnością:

— Czyś się doń już zwracał, moje dziecko?

Pochyliłem głowę i odparłem smutnie:

— Nie!

Znowu fałsz.

— Jakże możesz tak łgać, błaźnie jeden? Winieneś powiedzieć: Tak! Musisz przy tym wyrzec owo słowo płaczliwie, chlipiąc z żalu. Powtórz jeszcze raz... no, teraz lepiej. Tylko musisz westchnąć głucho jak ochwacony koń... Taak... dobrze!

Kroczyłem, pouczając samego siebie, tupałem, gdy mi nie szło, i wymyślałem sobie od bałwanów, a przechodnie oglądali się za mną, patrząc ze zdumieniem.

Ssąc ciągle wiór, słaniałem się ulicami, jak tylko mogłem najprędzej, i zaszedłem bezwiednie na dworzec kolejowy. Zegar kościoła Zbawiciela pokazywał wpół do drugiej. Zadumałem się. Pot spływał mi z czoła, zalewając oczy. — Chodź na chwilkę do portu... — powiedziałem do siebie — ...to znaczy, jeżeli masz czas! — Złożyłem sobie ukłon i ruszyłem w stronę wybrzeża.

Okręty kołysały się na lekko zmarszczonej toni, wszędzie panował ruch, wyły syreny, tragarze dźwigali skrzynie, z promów dolatywały przyśpiewki. Handlarka ciastek siedziała pochylona nad swym towarem, rozłożonym z grzeszną wprost pobudliwością na małym stoliku. Odwróciłem z obrzydzeniem głowę. Powietrze zakażone było odorem jadła... pfe! Zwróciłem się do jakiegoś siedzącego człowieka i przedstawiłem mu dobitnie owo nadużycie ze strony handlarek łakoci, których wszędzie pełno... Nieprawdaż? Musi to chyba przyznać... Ale zacny człowiek domyślił się, że tu coś nie w porządku, wstał, zanim skończyłem zdanie, i odszedł. Poszedłem za nim, chcąc go za wszelką cenę przekonać, że jest w błędzie.

— Choćby ze względu na przepisy sanitarne... — powiedziałem, uderzając go po ramieniu.