— Wybaczy pan, jestem tu obcy — rzekł — i nie znam przepisów sanitarnych.

To mówiąc, patrzył na mnie z przerażeniem.

Ach, był obcy, to zmieniało postać rzeczy. Spytałem, czy nie mógłbym mu czymś służyć... oprowadzić po mieście... Sprawi mi to wielką radość, a nie będzie nic kosztowało...

Ale widocznie chciał się mnie pozbyć, gdyż przeszedł prędko na przeciwległy chodnik.

Wróciłem do mej ławki i usiadłem. Ale wielka, skrzypiąca opodal kataryna wprawiła mnie w nerwowy niepokój. Metaliczne tony wydzwaniały strzępy utworu Webera38, a mała dziewczynka śpiewała smutnym głosem. Żałosne akordy przejęły mnie na wskroś, nerwy mi się rozedrgały jakby pod wpływem rezonansu, a w chwilę potem padłem na ławkę, skomląc i wtórując muzyce. Do czegóż się nie dochodzi, gdy głód przyciśnie! Uczułem, że dźwięki te biorą mnie w siebie, roztapiają, że płynę wraz z nimi, płynę wysoko ponad góry, wznosząc się tanecznymi kręgami w jaśniejące wyże...

— Grosik! — usłyszałem głos dziewczynki. — Jednego öre... — ujrzałem przed sobą blaszany talerzyk.

— Dobrze! — zawołałem bezwiednie, wstałem i zacząłem szukać po kieszeniach. Ale dziewczynka myślała, że z niej żartuję, przeto odeszła szybko bez słowa. Ta milcząca cierpliwość przygnębiła mnie, wolałbym raczej usłyszeć połajankę. Zdjęty bólem przywołałem ją z powrotem i powiedziałem, że nie mam dziś öre, ale nie zapomnę o niej... Spytałem o imię, pochwaliłem, że ładne, i przyrzekłem pamiętać... do jutra tedy...

Czułem, że mi nie wierzy, choć nie rzekła słowa, i rozpłakałem się z żalu, że nie znajduję wiary u małego dziecka. Przywołałem ją raz jeszcze, rozpiąłem surdut i chciałem jej dać kamizelkę.

— Dostaniesz coś — zawołałem — zaczekaj chwilę!

Ale nie miałem kamizelki.