Jakże mogłem jej szukać? Wszakże od wielu już tygodni nie byłem jej właścicielem. Dziwna ułuda! Dziewczynka, nie czekając dłużej, odeszła szybko, a ja nie mogłem na to nic powiedzieć. Ludzie zbiegli się wkoło mnie, rozebrzmiały śmiechy, podszedł także policjant i spytał, co zaszło.

— Nic — objaśniłem — nic a nic! Chciałem tylko dać tej małej kamizelkę dla ojca... nie wiem, co w tym jest śmiesznego... mogę iść do domu i wziąć drugą...

— Nie rób pan awantur na ulicy! — rozkazał policjant. — Taak... teraz marsz! — popchnął mnie z lekka, a potem zawołał: — Czy to pańskie papiery?

— Ach... u kroćset... to moje artykuły, rzecz niezmiernej wagi! Jakże mogłem być tak nieostrożny?

Wziąłem rękopis, upewniłem się, że wszystko w porządku, i co prędzej, nie spoglądając za siebie, ruszyłem wprost do redakcji. Na kościele Zbawiciela była właśnie czwarta.

Zastałem biuro zamknięte. Ześliznąłem się jak złodziej po schodach i przystanąłem bezradny w bramie. Co robić? Dumałem, oparty o mur, spoglądając na chodnik. Zobaczyłem na ziemi błyszczącą szpilkę, podniosłem ją. Ileż bym dostał za guziki surduta, gdybym je odpruł? Zresztą, może to zbyteczne? Guziki — to jednak rzecz potrzebna. Obejrzałem jeden po drugim i zauważyłem, że są niemal nowe. Doskonała myśl. Odpruję je złamanym scyzorykiem i zaniosę do lichwiarza. Nadzieja sprzedania guzików ożywiła mnie i powiedziałem sobie: — Uszy do i góry... jakoś to będzie! — Rozradowany, zacząłem niezwłocznie odcinać guziki, mówiąc jednocześnie w myśli:

— No, widzi pan, zubożałem trochę... chwilowa niedola... zużyte, powiada pan? Nie należy używać fałszywych wyrażeń. Któż, u diabła, zużywa mniej ode mnie guziki? Nigdy nie zapinam surduta... to moja oryginalność, moja osobista cecha... O, nie... jeśli pan nie chce... to nie! Rad bym dostać tylko dziesięć öre... najwyżej dziesięć... Na miły Bóg, któż pana przymusza? Niech pan zamilknie i da mi spokój. Ano, dobrze... niech pan wezwie policję. Zaczekam tu nawet, aż pan przyprowadzi policjanta. Nic nie skradnę... Teraz żegnam... żegnam! Nazywam się, wiedz pan, Tangen... zabawiłem się trochę w kawiarni...

Usłyszałem czyjeś kroki na schodach, momentalnie odzyskałem poczucie rzeczywistości, poznałem „Nożyczkarza” i schowałem guziki do kieszeni. Chciał mnie minąć, nie odpowiadając na ukłon i patrząc na swe paznokcie, ale zatrzymałem go, pytając o redaktora.

— Nie ma go... — odparł.

— Kłamie pan! — zawołałem tak arogancko, że aż się sam zdziwiłem. — Muszę się z nim widzieć. Mam coś ważnego w sprawie Stiftsgaardu.