— Powiedz to pan mnie.

— Panu? — spytałem, mierząc go spojrzeniem.

To pomogło. Wrócił ze mną na górę i otwarł drzwi. Uczułem duszę na ramieniu. Zacisnąłem zęby dla dodania sobie odwagi, zapukałem i wszedłem do prywatnego gabinetu redaktora.

— Dobry wieczór! A, to pan? — rzekł uprzejmie. — Proszę siadać.

Byłbym wolał, by mnie wyrzucił za drzwi. Łzy mi napłynęły i rzekłem:

— Bardzo przepraszam...

— Niech pan siada — powtórzył.

Siadłem i powiedziałem, że mam nowy artykuł i bardzo mi zależy, aby się ukazał w tym właśnie piśmie. Dodałem, że jest starannie opracowany i włożyłem weń sporo wysiłku.

— Przeczytam go... — powiedział, biorąc rękopis. — Pan pisze wszystko z wysiłkiem! Jest pan zbyt gwałtowny, gorączkowy. Szkoda, ale panu brak rozwagi, spokoju. No, ale to nic, przeczytam... — dodał, zwracając się do stołu.

Widziałem to i nie śmiałem prosić o koronę. Czyż mu powiedzieć, dlaczego jestem zbyt gorączkowy? Pomógłby mi niezawodnie, jak już nieraz.