Wstałem. Hm... gdym był niedawno, skarżył się na brak funduszów i chcąc mi dać pewną kwotę, musiał dopiero posyłać inkasenta po pieniądze. Może i tym razem sprawa miała się podobnie... Nie... nie... zresztą widziałem, że jest zajęty...

— Czym mogę panu jeszcze służyć? — spytał.

— O... nic już, nic... — rzekłem, starając się mówić pewnym głosem. — Kiedy się mogę zgłosić?

— Kiedyś przechodząc tędy za kilka dni... kiedykolwiek zresztą...

Nie śmiałem wyrazić prośby. Dobroć tego człowieka wydała mi się wprost bezgraniczna i chciałem ją uszanować. Wolałem już zginąć z głodu. Wyszedłem.

Na ulicy napadł mnie głód i pożałowałem gorzko, żem opuścił biuro, nie poprosiwszy o koronę. Dobyłem wiór, zacząłem go ssać i doznałem znowu ulgi. Czemuż nie uczyniłem tego wcześniej? Czyniłem sobie wyrzuty, że mogłem myśleć o naciąganiu zacnego człowieka i wprowadzaniu go w kłopot. Wyzywałem się ordynarnie. Cóż za bezczelność biec do niego i skakać mu do oczu z tego jeno powodu, że jesteś nędzarzem, potrzebującym marnej korony! Marsz prosto przed siebie! Prędzej, prędzej, obwiesiu... dam ja ci nauczkę!

Zacząłem biec, by się ukarać, przebyłem w podskokach kilka ulic, podniecany bezgłośnymi okrzykami, ile razy chciałem stanąć. Dotarłem w ten sposób do Pilestraede. Gdym się wreszcie zatrzymał, wyjąc z gniewu, że nie mogę i biec dalej, drżący na całym ciele padłem na jakieś schody! — Nie! Nie! — krzyknąłem na siebie i wstałem, chcąc sobie dokuczyć. Zmuszałem się do stania, śmiałem się i delektowałem własnym upadkiem. W końcu po kilku minutach dałem sobie skinieniem przyzwolenie na spoczynek i usiadłem, wybierając jak najniewygodniejsze miejsce.

Miły Boże! Cóż to za rozkosz siedzieć! Ocierałem pot i dyszałem ciężko, łykając powietrze. Nabiegałem się niemało, ale kara była słuszna. Skądże mi przyszła pokusa proszenia o koronę? Zacząłem mówić do siebie łagodnie, dawać sobie macierzyńskie upomnienia, rozczuliłem się, uczułem znużenie i zapłakałem. Było to wewnętrzne, ciche łkanie bez jednej łzy.

Siedziałem tak przez kwadrans albo dłużej. Ludzie chodzili tam i z powrotem, ale nikt mi się nie naprzykrzał. Dzieci igrały wokoło mnie, a w koronie drzewa po drugiej stronie ulicy śpiewał ptak.

Zbliżył się wreszcie policjant i spytał: