— Teraz powaga! — rzekłem sobie. — Zbierz się w garść! — Ruszyłem jeszcze parę razy głową... i zadzwoniłem do prywatnego mieszkania.
— Czy mogę się widzieć z panem pastorem? — spytałem służącą, niezadowolony, że nie sposób wpleść w te słowa imienia bożego.
— Wyszedł do miasta... — odparła.
Wyszedł... wyszedł! To niweczyło cały plan, przecięło wszystko, com sobie wykombinował. Na cóż mi się zdała ta długa droga? Stanąłem osłupiały.
— Czy jakaś ważna sprawa? — spytała dziewczyna.
— O, nie... nie! — powiedziałem. — Tylko Bóg dał tak śliczną pogodę, że przyszła mi chęć złożenia wizyty panu pastorowi.
Staliśmy naprzeciw siebie. Wypinałem pierś, by zauważyła surdut zapięty szpilką, prosiłem ją oczyma, by zrozumiała, o co idzie, ale wszystko spełzło na niczym.
— Śliczną Bóg dał pogodę, to prawda... a czy pani pastorowa również wyszła?
— Jest w domu, ale cierpi na gościec40, leży na kanapie i ruszyć się nie może... Czy zostawi pan jakąś wiadomość... jakąś kartkę?
— Nie... nie... Często odbywam takie przechadzki dla zdrowia. Doskonale to robi po obiedzie.