Subiekt myślał, że nie odchodzę, bo chcę wszcząć rozmowę, rzekł przeto, porządkując na ladzie papiery:
— Coś się zbiera na zimę.
— Hm... tak... — odparłem — tak coś wygląda! — Po chwili dodałem: — Zresztą już pora na to... Wygląda, jakby miała nadejść zima... Co prawda, wcale na nią nie za wcześnie.
Słyszałem tę własną paplaninę, ale wydawało mi się jednocześnie, że mówi ktoś inny.
— Tak pan sądzi? — spytał subiekt.
Zacisnąłem w kieszeni dłoń na pieniądzach i wyszedłem. Słyszałem jeszcze, że życzę dobrej nocy i że subiekt mi odpowiada.
Zrobiwszy kilka kroków, usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi sklepu i woła. Poznałem głos subiekta i nie odczuwając zdumienia ani strachu, zawróciłem, gotów oddać pieniądze, które ponownie ująłem w garść.
— Zapomniał pan świecy! Proszę bardzo! — powiedział.
— O, dziękuję, dziękuję — odparłem spokojnie i poszedłem ulicą ze świecą w ręku.
Moja pierwsza rozsądna myśl dotyczyła pieniędzy. Podszedłem do latarni, przeliczyłem je, zważyłem na dłoni i uśmiechnąłem się. Jakiż niespodziany, wspaniały ratunek!... Byłem uratowany na długo! Wsunąłem pieniądze do kieszeni i ruszyłem przed siebie.