— Proszę chwileczkę zaczekać! — rzekł i zwrócił się do klientki.
Dostała wszystko, zapłaciła banknotem pięciokoronowym, dostała resztę i wyszła.
Znalazłem się sam na sam z subiektem47.
— A, prawda... — powiedział. — Pan żądał świecy! — Po czym rozerwał paczkę i dobył dla mnie jedną świecę.
Patrzył na mnie, ja patrzyłem na niego i nie mogłem się zdobyć na wypowiedzenie mej prośby.
— Ach... prawda, pan już zapłacił! — rzekł nagle.
Powiedział, żem zapłacił! Słyszałem każde słowo. Zaczął dobywać z kasy pieniądze i rzucał koronę po koronie srebrne monety, lśniące, grube i karbowane. Wydał mi z pięciokoronówki zapłaconej przez klientkę.
— Proszę bardzo! — rzekł w końcu.
Przez sekundę spoglądałem na pieniądze. Czułem, że tu coś nie w porządku, ale nie zapuszczałem się w roztrząsania, nie myślałem o niczym, podziwiając tylko owo bogactwo rozbłysłe nagle przed mymi oczyma. Po chwili zgarnąłem pieniądze mechanicznie do kieszeni.
Nie odchodziłem od lady, osłupiały ze zdumienia, zdruzgotany po prostu. Potem postąpiłem krok ku drzwiom, stanąłem i zagapiłem się w jakiś punkt na ścianie, gdzie wisiał mały dzwonek, opatrzony rzemiennym paskiem, pod nim zaś pęk sznurów. Stałem wpatrzony w te przedmioty.