Pragnąc wyrwać się z tego dziwnego oszołomienia, ogarniającego moje członki niby gęsta mgła, siadłem, uderzyłem dłońmi po kolanach, kaszlnąłem tak silnie, jak na to pozwalały płuca... i opadłem ponownie wstecz. Nie było rady. Konałem z otwartymi oczyma, utkwionymi bezradnie w powałę. W końcu wsadziłem do ust wskazujący palec i jąłem ssać.
W mózgu zjawiła się jakaś myśl, wyłaniała się, stawała się jasna... — Aha! Gdybym tak ukąsił kawałek?! — Bez chwili namysłu zamknąłem oczy i ścisnąłem zęby.
Zerwałem się. Od razu wróciła pełna świadomość. Z palca ciekło trochę krwi, którą zacząłem lizać. Nie bolało, a rana nie miała żadnego znaczenia. Przyszedłem jednak do siebie, potrząsnąłem głową, zbliżyłem się do okna, potem zaś zacząłem szukać szmatki, by obwiązać palec. Podczas tej czynności napłynęły mi łzy do oczu i zapłakałem z cicha. Jakże smutnie wyglądał ten biedny, chudy, zraniony palec.
— O, Boże... Boże... do czegóż doszło!
Mrok zapadał coraz szybciej. Przyszło mi na myśl, że skończyłbym może artykuł w ciągu wieczora, gdybym posiadał świecę. W głowie wyjaśniło mi się zupełnie, myśli krążyły teraz jak zawsze i nie cierpiałem nadmiernie. Nawet głodu nie odczuwałem tak dotkliwie jak przed paru godzinami i czułem, że doskonale przetrwam do następnego dnia. Może by mi się udało dostać świecę na kredyt, gdybym zaszedł do sklepiku na rogu ulicy i wyjaśnił sytuację? Znano mnie tam dobrze, gdyż w lepszych czasach stale brałem chleb i płaciłem gotówką. Niewątpliwie dostanę na słowo świecę. Po raz pierwszy od dawna zdobyłem się na oczyszczenie ubrania i zdjęcie z kołnierza wypadłych włosów. Uczyniłem to jako tako po ciemku, potem zaś zeszedłem po omacku po schodach.
Stanąwszy na ulicy, pomyślałem, że lepiej by było poprosić o chleb. Stałem przez chwilę niezdecydowany, potem zaś postanowiłem: Nie! Nigdy w świecie. Stan mego żołądka nie dopuszczał przyjęcia żadnej pożywki. Powtórzyłyby się znowu dawne historie, zjawy, halucynacje, złudzenia i szalone pomysły, tak że nie skończyłbym nigdy artykułu, a musiałem zjawić się u „Komandora”, zanim o mnie zapomni. Nie!... Jak postanowiłem, zdecydowałem się na świecę i ruszyłem do sklepu.
Przy ladzie jakaś kobieta robiła zakupy. Kilka pakietów w różnych papierach leżało w pobliżu mnie. Pomocnik handlowy, znający mnie, opuścił klientkę i wiedząc, co zazwyczaj brałem, zapakował bez pytania mały bocheneczek chleba w gazetę i położył przede mną.
— Nie... — powiedziałem — dziś potrzebna mi jeno świeca...
Wyrzekłem to cicho i pokornie, by go nie rozgniewać i nie stracić szans uzyskania kredytu.
Nie spodziewał się tego, nigdy bowiem niczego prócz chleba nie żądałem.