Wpadłem w świetny humor i uczułem, że mogę przedsięwziąć wszystko. Skończyłbym dziś na pewno artykuł, gdybym jeno miał światło! Szedłem niedbale, wymachując nowym kluczem od bramy, gwizdałem i dumałem nad sposobami zdobycia kredytu. Nie było innej rady, jak znieść na ulicę pod latarnię przybory pisarskie. Otwarłem przeto bramę i poszedłem na górę po papiery.

Wróciwszy, zamknąłem bramę z zewnątrz i stanąłem w świetle. Panowała zupełna cisza, słyszałem tylko ciężki, brzękliwy krok policjanta w bocznej ulicy, a daleko, w stronie St. Hanshaugen, szczekanie psa. Nic mi nie przeszkadzało. Nasunąłem na uszy kołnierz surduta i zacząłem ze wszystkich sił myśleć. Wszystko by się odmieniło, gdybym mógł dokończyć tę małą rozprawkę. Stanąłem właśnie na trudnym punkcie, który miał tworzyć nieznaczny zwrot ku czemuś nowemu, potem następował roztapiający się z wolna finał i wreszcie ostry wykrzyk, przeraźliwy jak strzał lub huk pękającej skały. Na tym chciałem skończyć.

Ale nie mogłem znaleźć słów. Przeczytałem rzecz całą od początku, każde zdanie rozważyłem z osobna, nie mogłem jednak zebrać myśli do tego ogromnego okrzyku. W dodatku podczas pisania nadszedł policjant, stanął opodal i zepsuł mi cały nastrój. Cóż go mogło obchodzić moje poszukiwanie finału do artykułu dla „Komandora”? — Nie... nie sposób było utrzymać się na powierzchni — pomyślałem i zacząłem kląć. Stałem przez całą godzinę, policjant odszedł wreszcie, ale zimno było zbyt dotkliwe, by pracować dłużej na ulicy. Przygnębiony i zasmucony tym nowym niepowodzeniem otwarłem w końcu bramę i udałem się do pokoju.

I tu było zimno, a przy tym tak ciemno, że zaledwie mogłem dostrzec okno. Doszedłem omackiem do łóżka, zdjąłem trzewiki, ogrzałem trochę rękami stopy i ległem spać ubrany, jak to czyniłem od jakiegoś czasu.

Nazajutrz o samym świcie siadłem na łóżku i wziąłem się na nowo do artykułu. Pracowałem tak do samego południa i wymusiłem z siebie dziesięć czy dwadzieścia wierszy, nie mogąc dotrzeć do finału.

Wstałem, wdziałem trzewiki i zacząłem chodzić dla rozgrzania. Szyby były zamarznięte po bokach, wyjrzałem — padał śnieg, podwórze okrywała gruba warstwa bieli, a także na bruku i koło studni było biało.

Błądziłem bez celu po stancji, chodziłem automatycznie z kąta w kąt, drapałem gwoździem po ścianie, przykładałem ostrożnie czoło do drzwi, pukałem palcem w podłogę, nasłuchiwałem bacznie, a wszystko to czyniłem cicho, z namysłem, jakby szło o ważną sprawę. W ciągu tego zajęcia powtarzałem sobie głośno, tak że dobrze słyszałem: — Miły Boże!... wszakże to szaleństwo! — Mimo to nie przestawałem ani na chwilę. Po długim czasie, może po kilku godzinach, opanowałem się, zagryzłem wargi i nawymyślałem sobie nieźle. Trzeba skończyć! Wyszukałem wiór, włożyłem go w usta i zasiadłem ponownie do pisania.

Z wielkim trudem skleiłem kilka zdań. Była to pewna ilość marnych słów, wydartych rozpaczliwie z nicości, byle tylko dobić do końca. Niebawem jednak przestałem, czując pustkę w głowie i zupełną niemoc. Wlepiłem oczy w ostatnie wyrazy na niedokończonej kartce, a one spoglądały na mnie drwiąco, to skacząc, to kłując, jakby były żywymi, złośliwymi istotami. W końcu nie rozumiałem już nic i o niczym nie myślałem.

Czas płynął. Słyszałem rozgwar uliczny, stuk kopyt i turkot pojazdów, a także paplaninę Jensa Olai, gadającego w stajni z końmi.

Siedziałem śpiący, mlaskając raz po raz ustami, ale poza tym nie robiłem nic. Czułem, że źle z mymi piersiami. Zapadał zmierzch, słabłem coraz bardziej, wreszcie bezsilny ległem na łóżku. Chcąc rozgrzać nieco ręce, rozczesywałem palcami włosy tam i z powrotem, w poprzek i od tyłu, przy czym wypadały całe pasma, zostając między palcami lub spadając na poduszkę. Nie myślałem zgoła nic, jakby mnie to nie obchodziło i jakbym miał dość jeszcze włosów.