— Możesz i tak iść ze mną!
Czułem się upokorzony ofertą biednej ulicznicy i odmówiłem. Oświadczyłem, że późno, że mam się z kimś widzieć, a ona nie może sobie pozwalać na taką ofiarę.
— Chcę cię mieć, rozumiesz?
— Nie pójdę... w tych warunkach.
— Idziesz oczywiście do innej!
— Nie! — odparłem.
Nie miałem w sobie tej żyłki. Dziewczęta nie czyniły ma mnie wrażenia, nędza wyjałowiła mnie do cna. Moje położenie wobec tej wyjątkowej dziewczyny było dość trudne, umyśliłem sobie tedy ratować pozory.
— Jak ci na imię? Maria? Słuchajże, Maniu! — powiedziałem i zacząłem uzasadniać swe postępowanie. Dziewczyna słuchała z coraz większym zdumieniem, ja zaś klarowałem jej, że nie zaliczam się do ludzi chwytających nocami po ulicach dziewczęta. Czyżby mnie za takiego miała? Czyż powiedziałem zrazu coś niestosownego? Nie! Tak jak ja postępuje człowiek niemający złych zamiarów. Słowem, zagadnąłem ją i podprowadziłem kilka kroków celem przekonania się, jak daleko posunie sprawę. Potem wymieniłem swe nazwisko, dodałem, że jestem pastorem i zakończyłem: — Dobranoc! Idź i nie grzesz więcej!
Poszedłem w swoją stronę.
Zachwycony konceptem, zacierałem ręce i rozmawiałem ze sobą głośno. Cóż to za radość chodzić tak i czynić dobrze! Może dałem tej upadłej istocie naukę, która wpłynie na odmianę jej życia? Nie zapomni tego niewątpliwie i gdy wspomni w godzinie śmierci, odczuje głęboką wdzięczność. O, warto mimo wszystko żyć uczciwie i po bożemu!