— Za resztę proszę sobie kupić pałac!...

— Smacznego! — odrzekła.

Zacząłem jeść z coraz to większą żarłocznością. Połykałem ogromne kęsy, nie gryząc ich wcale. Szarpałem mięso jak ludożerca.

Kelnerka zbliżyła się do mnie.

— Może się pan czegoś napije? — spytała, pochylając się ku mnie.

Spojrzałem. Mówiła cicho, niemal trwożnie, ze spuszczonymi oczyma.

— Może szklankę piwa... albo coś innego... proszę... to już wliczone... proszę bardzo...

— Nie — powiedziałem — dziękuję bardzo, nie dziś, przyjdę niedługo...

Odeszła i siadła za bufetem. Widziałem jeno szczyt jej głowy. Cóż za dziwne stworzenie!

Skończywszy, podszedłem niezwłocznie do drzwi, czując gniecenie w żołądku. Jednocześnie wstała kelnerka. Nie śmiałem wychodzić na światło i pokazywać się dziewczynie z bliska, nie wiedziała nic o mej nędzy, powiedziałem więc tylko spiesznie: „Dobranoc!”, skinąłem głową i wyszedłem.