Jedzenie zaczęło działać — dostałem skurczów i nie mogłem zatrzymać mięsa w żołądku. Wymiotowałem po trochu w każdym ciemnym kącie. Walczyłem z owym gnieceniem, które mnie męczyło, starałem się zepchnąć w dół to, co się parło na zewnątrz, ale nie było rady. Musiałem skoczyć w jakąś bramę i tam, oślepiony cisnącymi się do oczu łzami, zrzuciłem wszystko.
Pełen goryczy szedłem ulicami, złorzecząc potęgom, prześladującym mnie bez końca, i życzyłem im wszystkim piekielnych mąk. Były zgoła nierycerskie... nie było w nich śladu honoru.
Podszedłem do jakiegoś jegomościa zapatrzonego w wystawę i spytałem, co jego zdaniem należy dać człowiekowi, który długo głodował. Dodałem, że idzie o jego życie. Nie może znieść befsztyka.
— Słyszałem — odparł wielce zdumiony jegomość — że dobre jest gotowane mleko. O kogoż jednak idzie?
— Dziękuję! Dziękuję! — zawołałem, odchodząc spiesznie. — I ja sądzę, że najlepsze musi być mleko!
Wszedłem do pierwszej z brzegu kawiarni, zamówiłem mleko, wypiłem gorące, delektując się każdą kroplą, zapłaciłem i wróciłem do domu.
Nagle spostrzegłem dziwną rzecz. Pod latarnią, tuż przy bramie, oparta o słup, oblana światłem stała postać, którą poznałem już z daleka. Była to czarno ubrana dama, ta sama, która stała tu już nie raz. Nie mogło być omyłki, gdyż widziałem ją już po raz czwarty. Stała, nie ruszając się wcale.
Wydało mi się to tak dziwne, że mimo woli zwolniłem kroku. Myśli miałem w zupełnym porządku, ale moje nerwy wskutek spożytego jadła były bardzo podniecone. Jak zawsze minąłem ją z bliska i miałem już wejść w bramę, gdy nagle stanąłem. Przyszedł mi pomysł. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, podszedłem, spojrzałem jej w twarz i powiedziałem:
— Dobry wieczór!
— Dobry wieczór... — odpowiedziała.