— Przepraszam, czy pani kogoś szuka? Zauważyłem panią już pierwej i rad bym przyjść z pomocą... Zresztą przepraszam bardzo...
— Właściwie nie wiem... — zaczęła.
— Tutaj nie mieszka nikt oprócz kilku koni i mnie. Jest tu stajnia i warsztat blacharski na piętrze. Jeśli pani kogoś szuka, to zaszła pomyłka.
Odwróciła twarz i rzekła:
— Nikogo nie szukam, stoję sobie tylko.
Tak, tak, pomyślałem, stoi sobie tutaj co wieczór dla fantazji po prostu. Jest to rzecz arcydziwna. Zupełnie mnie zmieszała owa dama. Po chwili zdecydowałem się na bezczelność. Brzęknąłem monetą w kieszeni i zaprosiłem ją wprost na szklankę wina... gdziekolwiek bądź. Zima nadchodzi... he he... chłodno... zresztą to nie potrwa długo... Może jednak nie wypada?...
Odparła, że istotnie nie wypada i nie może tego uczynić. Ale gdybym był tak uprzejmy i odprowadził ją kawałek w stronę domu, to... Ulice są ciemne i nie ma odwagi iść przez Karola Jana o tak późnej godzinie.
Ruszyliśmy naprzód. Szła po prawej stronie. Doznałem szczególnego miłego uczucia, stąpając obok młodej dziewczyny. Patrzyłem na nią bez przerwy. Zapach jej włosów, ciepło ciała kobiecego, słodki wiew dolatujący, ile razy zwróciła ku mnie głowę, wszystko oszałamiało mnie i przepajało rozkoszą moje zmysły. Przez welon dostrzegłem pełną, trochę bladą twarz, a wydatne piersi wzdymały płaszcz. Przeczuwane pod tą zasłoną wdzięki i powaby czyniły mnie bez żadnego powodu głupkowato szczęśliwym. Nie mogąc wytrzymać, dotknąłem jej ręki, przebiegłem palcami po ramieniu i zaśmiałem się naiwnie, czując łomot serca.
— Jaka pani dziwna.
— Dziwna?