— Jak to? — zawołałem. — Jasny płaszcz? Czyś pan oszalał? Czy pan sądzisz, że szukam filiżanki? — Ten jasny płaszcz zepsuł mi do cna obraz, jaki sobie wytworzyłem o tym człowieku.

— Wszakże pan mówił, że zwie się Kierulf?

— Naturalnie — odparłem. — Cóż w tym dziwnego? Nazwisko nikogo nie hańbi.

— Czy ma rude włosy?

Mógł mieć rude włosy i gdy woźnica o tym wspomniał, doszedłem do przekonania, że tak jest w istocie. Uczułem wdzięczność dla poczciwca i oświadczyłem, że w istocie trafnie zaobserwował, bo ma właśnie rude włosy. Rzadka to rzecz spotkać takiego człowieka bez rudych włosów.

— Zdaje mi się, że go już woziłem kilka razy — zauważył woźnica. — Nosi też sękatą grubą laskę... prawda?

Stanął mi w oczach jak żywy, więc zawołałem:

— He... he... nikt go chyba nie widział dotąd bez sękacza w ręku! To pewna, to rzecz pewna!

— Tak... — przyznał woźnica pewny, że poznał człowieka, którego nieraz już woził.

I pędziliśmy, aż skry sypały się spod kopyt konia.