W miarę zbliżania się do kramiku przy mojej ulicy wzrastało we mnie podświadome zrazu uczucie, że idę naprzeciw jakiegoś niebezpieczeństwa, ale trwałem przy postanowieniu i chciałem się wydać dobrowolnie. Spokojnie przebyłem schody, spotkałem w progu małą dziewczynkę z filiżanką w ręku, prześliznąłem się obok niej, wszedłem i zamknąłem drzwi. Znalazłem się sam na sam z subiektem.

— Ano... — rzekł do mnie — nastała psia pogoda!

Po cóż ten wybieg? Czemuż mnie nie atakuje od razu? Rozgniewałem się i rzekłem:

— Nie przybyłem po to, aby rozmawiać z panem o psiej pogodzie!

Moja gwałtowność zdumiała go, mały, kramarski móżdżek nie starczył, aby pojąć, o co idzie. Nie spostrzegł, żem go okpił o pięć koron.

— Jak to? Pan nie wie, że ja pana oszukałem?! — zapytałem, sapiąc z wściekłości i drżąc, gotów jąć się przemocy, gdyby nie przystąpił od razu do rzeczy.

Prostaczek nie rozumiał zgoła.

Ach, Boże, człowiek musi żyć pośród ostatnich głupców! Zwymyślałem go, a potem krok za krokiem opowiedziałem całe zdarzenie. Pokazałem mu, gdzie stałem i gdzie on wówczas stał, gdzie leżały pieniądze, jak je zgarnąłem, i tak dalej. Zrozumiał nareszcie, ale nie wystąpił z niczym przeciwko mnie. Obracał się to w jedną, to w drugą stronę, nasłuchiwał kroków w sąsiednim pokoju i dawał mi znaki, bym mówił ciszej, potem zaś powiedział:

— To bardzo brzydko z pańskiej strony!

— Nie, nie, niech pan pozwoli! — zawołałem, chcąc z nim zacząć spór i doprowadzić go do pasji. — Nie postąpiłem tak źle i nikczemnie, jak się to wydaje pańskiemu marnemu rozumowi. Oczywiście, nie zatrzymałem pieniędzy dla siebie! Ani mi w głowie postało ciągnąć stąd korzyści osobiste... Jest to wstrętne takiej naturze jak moja, z gruntu uczciwej.