Porfirion Osiełek czyli Klub Świętokradców

Pan Różdżka byłby przespał — jak zwykle — całe popołudnie za kontuarem składu instrumentów, gdyby mosiężny dzwonek nie zarechotał i do ciemnego sklepu nie wepchnął swojego brzucha Porfirion1 Osiełek2 false3 Hilarion4 Gaff, właściciel fabryki sztucznych nosów i noktambulik5.

Porfirion Osiełek rozejrzał się po sklepie z utajoną pogardą, poprawił błękitny półkoszulek, jeden z tych półkoszulków, na które przykleja się kartkę z napisem „kompozycja szwedzka”6, potem bardzo wolno pogłaskał się po obu udach i — nadając obliczu wyraz jak najbardziej okrągły i śpiewny — zaczął:

— Właściwie, mój panie Różdżka, powinienem pana zadenuncjować policji za fałszowanie włoskich skrzypiec, ale pana nie zadenuncjuję, bo jestem człowiek dobry i sam na sumieniu mam to i owo. Przyszedłem do pana kupić trąbkę, którą nazywają helikonem7; trąbka, o której wspomniałem, jest mosiężna, ma głos wysoki i cenę niską.

— Co to to nie, śliczny panie Osiełek — chrapnął Różdżka, który zazwyczaj budził się na wzmiankę o cenie. — Trąbka gra ani wysoko, ani nisko, a kosztuje słono.

I tu pan Różdżka wyciągnął spod śpiącego na nim kota cennik, skomplikowaną symbiozę zzieleniałych od wilgoci kart, nad którymi pochylając się, odchrząknął niemal ze złością:

— Helikon nr 4, 150 sestercyj8, można dodać pachnące mydełko — i głośno do kota, wpychając mu w brzuch palec wskazujący: — Myrmidon9, przynieś helikon nr 4 i mydełko pachnące olibanem.

Kot wydał we wnętrzu swego brzucha ton bardzo skomplikowany, po czym ciemna, wilgotna atmosfera składu napełniła się nie tyle zapachem olibanu10, ile kunsztowną wonią sardynek strawionych z nonszalancją; i Myrmidon zniknął w otchłani dalszych pokojów pana Różdżki.

A ten rzecze do Porfiriona Osiełka false Hilariona Gafa:

— Niech pan będzie spokojny, śliczny panie Osiełek, mogę pana poczęstować rosołem. Widzi pan, mój Myrmidon to jest kreatura bardzo powolna, głęboko myśląca i dlatego może wrócić z helikonem za pięć minut albo jutro; kto go tam wie, dlaczego taki niemrawy? Ja bym panu sam trabkę przyniósł, ale (tu tłumi głos pan Różdżka; w składzie robi się jeszcze ciszej; tylko brzękną czasami struny wiolonczel) ja się tam boję wejść.