— Tak, tu, III piętro, mocno stukać.
Osiełek skłonił się uprzejmie i utonął w ciemnościach frontowego wejścia.
Powietrze było wilgotne i pachniało smażonymi śledziami. Na pierwszym piętrze nad oknem zobaczył namalowaną sowę, a pod nią napis w języku greckim. Obejrzał się, czy nikt nie idzie i czarnym ołówkiem napisał na ścianie słowo bardzo nieprzyzwoite; przeczytał, z zacięciem postawił kropkę, po czym zadowolony, uśmiechając się końcami warg, pobiegł na trzecie piętro. Wszedł do korytarza i miał wrażenie, że sypnięto mu w oczy piaskiem: tak było ciemno. Odnalazł drzwi, zapalił woskową zapałkę. Na drzwiach zaślinionych wilgocią zwieszał się bezwładnie bilet wizytowy, a na bilecie rozkładały się jak małe trupki litery, z których po studiach półgodzinnych pan Osiełek odczytał wiadomość takiej treści: „Hieronim Wulkan, dyplomowany astrolog-akuszer i jatrochemik42. Otwarty całą noc”.
Osiełek obejrzał drzwi bardzo dokładnie, pogładził się po udach i delikatnie uderzył w klamkę. Ale bez skutku. Uderzył drugi raz trochę mocniej, obiecując sobie za trzecim razem uderzyć pięścią, a za czwartym — kolanem. Milczenie. Wobec tego wyjął Apokalipsę, odczytał pewien rozdział, uśmiechnął się nader łagodnie i uderzył we drzwi brzuchem. Milczenie. Drzwi stały nieme, wyzywająco spokojne, płaskie.
Osiełek odwrócił się tyłem i walnął pośladkiem tak silnie, że tynk na suficie zaskrzeczał i osypał mu się na koniec nosa; ale nic nie pomogło; drzwi twarde jak brama trojańska szczerzyły pożółkłą, bezczelną klamkę.
Pan Osiełek był zrozpaczony i płakał. Po kwadransie płaczu drzwi wreszcie otworzyły się i Porfirion ujrzał czarne, wąziutkie, podobne do grubej laski plecy astrologa Wulkana.
Astrolog stał przy oknie, odwrócony ku Osiełkowi tyłem, i z niesłychanym zajęciem43 śledził przechadzkę wielkiej muchy, brzęczącej na szybie; było to obrzydliwe muszysko, jedno z tych, które chłopcy zabijają ze specjalną przyjemnością. Osiełek stanął na progu i kładąc rękę na sercu:
— Jestem śliczny pan Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff, pragnąłbym poświęcić się brzuchomówstwu.
Tu astrolog Wulkan rozgniótł złotawy odwłok muchy, zakołysał się, zachybotał i podskoczył ku przybyłemu.
Ubrany był w zieloną dalmatykę44, na której kłębiły się, wyszywane złotą nicią, zwierzęta mitologiczne i winogrona. Nieomal przytknął bladą, jajkowatą twarz, nad którą podrygiwały czarne, trzepocące brwi, ku twarzy Osiełka i szepnął: