— Dlaczego, panie Wulkan? — spytała pani Heksenszus.
— Potrzebne mi są koniecznie.
Przyniesiono salaterkę z korniszonami. Wulkan brał je w dwa palce i ze spokojną miną rzucał nimi w portret sekretarza.
— A ja panu mówię, że coś się stanie na pewno.
— Nic się nie stanie, znam się na tym.
Portret Softa podnosił się i opadał okultystycznie. Mroczniało.
Na suficie gestykulował rogami olbrzymi, czerwony cień diabła. Tableau.
*
— Co ci jest w oczko, Porfirionie? — spytała Epifania w łożnicy małżeńskiej, rozpinając sennym gestem bluzkę z błękitnego atłasu.
— Boli mnie, muszę sobie założyć przepaskę.