Ale błękitna Epifania spełniła puchar z takim zadowoleniem, jak gdyby Osiełek utoczył do niego własnej krwi.
Przy deserze kapitan usnął, pani Tundal zasłaniała dłonią portret Softa, Osiełek przemyśliwał nad sposobem otrucia swojej żony.
— Zupełnie jak surowa cielęcina — objaśniał tymczasem Wulkan, całując szyję wdowy po wypychaczu ptaków.
— Zupełnie jak surowy kotlet — wtórował Osiełek, wpychając wskazujący palec w szyję Epifanii.
Soft uśmiechał się z portretu fałszywie i zdradzał chęć wyciągnięcia notatnika z kieszeni.
— Najwyraźniej rusza ramionami — szepnęła pani Tundal, wiercąc się na krześle.
— To blaga — rzekł Wulkan i cisnął w Softa mandarynką. Sekretarz przewrócił się z niemiłym, tekturowym trzaskiem.
— Teraz na pewno coś się stanie — wybełkotała pani Tundal.
Nic się nie stało, tylko portret sekretarza podniósł się i znieruchomiał w dawnej pozycji.
— Czy mógłbym panią prosić o korniszony?