Woniały niebieskie kadzidła w kadzielnicach z brązu, płonęły różowe świece w dłoniach serafinów193 ostroskrzydłych, lśniła w kącie pokoju waza niebieska. Jak w łożnicy królewskiej. Jak u Wilde’a194. Sic195.
*
„Lecz o północy grom przyszedł uderzyć”196: krzyknęła Epifania, wrzasnęła wdowa, patrząca przez dziurkę od klucza, ryknął Osiełek.
Straszna to była scena: Małżonkowie stali na łożu naprzeciw siebie w pozycji wyczekującej: zagadki nieśmiertelne a nieodgadłe: mąż i niewiasta; Epifania bez rękawiczek i sukni wybałuszała oczy w przerażeniu doskonałym, Osiełek zasłaniał coś dłonią w okolicy lędźwi, bujając się przy okazji na sprężynach nowego materaca, wdowa mdlała raz po raz...
A była to brodawka wielkości gołębiego jaja, rzewna i straszna.
— To tak, panie Osiełek, to pan to ukrywał przed nami, które jesteśmy kobiety bezbronne i tkliwe! — ryknęła wdowa, wrywając się do łożnicy, jak huragan wydmuchnięty z otyłej gęby Szekspira.
— Co pani pod tym rozumie? — spytał Osiełek niedbale, huśtając się na materacu z coraz większym opanowaniem przedmiotu.
(Ja tak kocham kwiaty...)
— Co ja pod tym rozumiem? Ot, co ja pod tym rozumiem!
Szalona wdowa zerwała ze ściany portret małżonka i zamierzyła się nim w głowę Porfiriona. (Epifanii zdawało się, że już pęka szkło, głowa przebija tekturę i obrzydliwe oczy ojca wypływają na podłogę). Ale Osiełek oparł lewą dłoń na brodawce jak na głowicy miecza, prawą położył na sercu i rzekł, wspinając się na palcach: