Basia jednak sama znalazła sobie zajęcie, zapaławszy niespodziewaną miłością do geografii. Wędrowała przez długie godziny po mapach, upodobawszy sobie podróże po krajach Ameryki Południowej. Przez dzicze, przez kamienne pustynie, przez puszcze buchające gorącem i przez zbałwanione rzeki w jedną noc wzdymające się mętną, wodną puchliną236 wiodły ją książki, wyszukiwane troskliwie. Oczami wyławiała z nich wszystkie wieści o tych „nieludzkich ziemiach”, a równocześnie palcem kreśliła na mapie obłędne drogi. Dziwne myśli, jak podzwrotnikowe237 motyle, latały nad jej zadumanym sercem.

— Szuka ojca na mapie — rzekł Olszowski do żony. — Serce się kraje, gdy się na to patrzy...

Pewnego dnia Basia zjawiła się w jego gabinecie.

— Mój wujaszku złoty — rzekła cichutko. — Czy ty znasz profesora Somera?

— Tego sławnego geografa? Znam. Czemu o to pytasz?

— Czy mógłbyś mi do niego napisać list polecający?

— A na cóż... — zaczął Olszowski, ale nie skończył. — Dobrze, dziecko! — dodał szybko. — Wiesz, gdzie mieszka?

— Wiem już od dawna.

Z listem gorąco napisanym Basia stanęła przed słynnym uczonym. Był to człowiek drobnej postaci, o przenikliwych oczach. Przewiercił nimi glob ziemski i wzrokiem dotarł do owych przepaścistych mroków, wśród których, w konwulsjach i w piekle ognia, z niewysłowionego cierpienia żywiołów rodziła się biedna Ziemia. Głośny na całym świecie geograf, ujrzawszy przed sobą zamiast nieznanej góry, co by mu wielką sprawiło przyjemność, drobną ludzką okruszynkę, zmarszczył czoło. Ludzie obchodzili go najmniej. Trzęsienie ziemi, porządny kataklizm238, rozpadnięcie się globu albo najazd oceanów na ziemskie padoły239 mogły mu zabrać odrobinę czasu, którego nie miał wiele — czego jednak chce ta mała?

Basia dygnęła ślicznie i podała mu list.