— Niech panienka siada, jeśli tylko jest na czym — rzekł opryskliwie240.

Nie było jednak na czym usiąść, bo cała pracownia zawalona była książkami i mapami. Gdyby nastąpił koniec świata i wszystko przepadło, pan profesor Somer, cudem jakimś ocalony, odtworzyłby go bez najmniejszego trudu wedle swoich map i biblioteki. Ponieważ w tej chwili nic światu nie groziło, zajął się czytaniem listu. Przerwał w połowie i spojrzał na Basię. Czytał dalej, jak gdyby już z większą uwagą. Skończył, zdjął okulary i milczał przez dłuższą chwilę.

— Bzowski... Bzowski... — zaczął mówić jakby sam do siebie. — Mój najlepszy uczeń... Adam Bzowski. Miło mi, moje dziecko, że cię widzę. Bardzo kochałem twojego ojca, bardzo... Byłby po mnie... Trudno! Nieszczęście. Czego chcesz się dowiedzieć, dziewczyno?

— Chcę się dowiedzieć, proszę pana profesora, dokąd naprawdę udał się mój ojciec i gdzie zginął — odparła Basia z powagą.

— Zaraz cię objaśnię.

Zręcznym ruchem nogi odrzucił na bok nikomu w tej chwili niepotrzebną Europę, zwalił na jakieś rupiecie Azję i wreszcie, jak Kolumb241, odnalazł koło pieca obie Ameryki.

— Zrozumiesz coś z tej mapy? — zapytał podejrzliwie.

Basia przejechała palcem przez Amerykę Południową i jednym tchem wyrecytowała nazwy wszystkich republik, w których jest zawsze gorąco i zawsze jest rewolucja.

Wielki geograf spojrzał na nią z nieukrywaną radością.

— Doskonale, mała kobieto! — krzyknął z zachwytem. — A teraz powiedz, gdzie się znajduje mój palec.