— W Ekwadorze!

— Twoja bystrość przynosi zaszczyt rodzajowi damskiemu. Osiem kobiet na dziesięć rzekłoby, że to Zakopane242, gdyż widać jakieś góry.

— To Andy243 — objaśniła Basia słynnego geografa.

— Zdaje mi się, że słuszność jest po twojej stronie! — śmiał się uczony.

Śmiał się jednak jakoś dziwnie — pokrywał śmiechem wzruszenie podczas wyimaginowanej244 podróży na grób ojca tej dziewczyny.

— Byłam tu już dziesięć tysięcy razy — rzekła Basia cicho.

Profesor spojrzał na nią ze szczerym zdumieniem, potem, zrozumiawszy, w jaki sposób i w jakim celu wędrowała po tej krainie, a także po wszystkich sąsiednich, spędził z ust uśmiech jak pszczołę i rzekł poważnie:

— To dolny Ekwador, bagnisty, zarażony malarią245 i gorączką... A tu górny, zagubiony wśród gór i przepaści. Po hiszpańsku: tierra fria — „zimna kraina”. Na te wyżyny zmierzał twój ojciec z dwoma francuskimi uczonymi.

— Po co?

— Po wiedzę. W kraju tym mieszka indiańskie plemię Jiwaro246, o którym krąży mnóstwo bajek i bredni. Nauka jest żelazną miotłą, co wymiata z umysłów ludzkich wszystkie plewy247. Dlatego wybrało się tam ich trzech, aby przez rok cały badać ten zakątek świata. Jeden z nich miał notować mowę i pieśni, drugi miał przynieść ścisłe wiadomości o wszystkim, co tam żyje i rośnie, a twój ojciec zamierzał zbadać samą ziemię, skały, góry i rzeki. Tymczasem... Czy będziesz odważnie słuchać, moje dziecko?